"Ania z Zielonego Wzgórza" i dalsze części cyklu to książki mojego dzieciństwa. Sporo się tam jada, a szczególnie dużo piecze. Te leguminy, ciasteczka, ciasta cytrynowe i torty... Zawsze fascynowało mnie, jakie były receptury tych wszystkich wspaniałości i jak to smakowało.
Częściową odpowiedź na to pytanie znalazłam w książce "Kuchnia z Zielonego Wzgórza" Elaine i Kelly Crawford zawierającej receptury ze starego notatnika Lucy Maud Montgomery, według których całe życie piekła i gotowała.
Receptury są sprawdzone przez autorki i nieco przystosowane do naszych czasów i realiów, kiedyś bowiem jadało się bardzo tłusto (głównie tłuszcze zwierzęce, nawet w ciastach smalec) i bardzo słodko. Nie mówiąc już o tym, że nikt teraz nie kupuje rodzynek z pestkami i przed przystąpieniem do pieczenia nie spędza długich godzin na drylowaniu tychże:-)
Piekłam już kilka rzeczy z tej książki, między innymi ciasto z pomarańczami oraz niby-wiśniowe, wyszły całkiem smaczne, a teraz przyszła mi ochota na wypróbowanie ciasteczek bostońskich.
Uważam, że są świetne. Jednocześnie miękkie i kruche, z fajnym smaczkiem orzechowo-rodzynkowym.
Będę powtarzać!
Składniki:
1 szklanka masła
1 i 1/2 szklanki brązowego cukru
3 roztrzepane starannie jajka
1 łyżeczka sody
1 i 1/2 łyżki gorącej wody
3 i 1/4 szklanki mąki chlebowej, przed odmierzeniem przesianej przez sito
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1 szklanka posiekanych rodzynek
1 szklanka posiekanych orzechów włoskich
Masło ucieramy na puch stopniowo dodając cukier, a potem jajka. Następnie dodajemy sodę rozpuszczoną w gorącej wodzie oraz połowę przesianej mąki wymieszanej z solą i cynamonem. Resztę mąki starannie mieszamy z orzechami i rodzynkami i również dodajemy do ciasta porządnie mieszając.
Szczerze mówiąc nie wiem po co to rozpuszczanie sody, moim zdaniem nie bardzo rozpuszcza się w wodzie - proszek i tak opada na dno. Następnym razem po prostu dodam sodę do mąki. Być może w Kanadzie mają inną sodę. Rodzino moja kochana, jeśli to czytasz, to mnie oświeć w tym temacie:-)
Szczerze mówiąc nie wiem po co to rozpuszczanie sody, moim zdaniem nie bardzo rozpuszcza się w wodzie - proszek i tak opada na dno. Następnym razem po prostu dodam sodę do mąki. Być może w Kanadzie mają inną sodę. Rodzino moja kochana, jeśli to czytasz, to mnie oświeć w tym temacie:-)
Gdy ciasto jest gotowe wykładamy na wysmarowaną masłem blachę ciastka wielkości łyżki, koniecznie zachowując odstępy, bo ciastka intensywnie rosną.
Moje ciasto nieco się kleiło, w pierwszej partii walczyłam z nim łyżeczką, potem znalazłam inna metodę - na płaski talerzyk wylałam nieco oliwy, maczałam w niej ręce i formowałam z ciasta małe kuleczki, które następnie rozpłaszczałam na blasze. Moim zdaniem to metoda dużo szybsza i gwarantująca ładniejsze, równe ciastka.
Pieczemy przez około 12-14 minut w temperaturze 180°C.
Z tej proporcji powinno wyjść około 60 ciasteczek.
Ciasteczka są bardzo dobre także na ciepło, chociaż odrobinę czuć w nich sodę, później to zanika.
Idealne ze szklanką mleka.
Uwagi:
- nie radzę zmniejszać ilości cukru, brązowy jest jednak mniej słodki niż biały i moim zdaniem cukru jest ile trzeba;
- sody dałam płaską łyżeczkę, moim zdaniem wystarczy;
- nie miałam akurat mąki chlebowej, piekłam ze zwykłej pszennej;



















