poniedziałek, 31 stycznia 2011

Krążki bez ruszania ;-)


Miałam co prawda umieścić dziś coś zupełnie innego, ale wpadł mi w ręce ten niezwykle prosty przepis na krążki, szerzej znane chyba jako oponki. Przepis pochodzi z zeszytu i tam właśnie nosi tę wdzięczną nazwę ;-) Nie chodzi oczywiście o to, żeby ich nie ruszać ale o to, że mimo zawartości drożdży nie trzeba czekać na wyrośnięcie ciasta, bo jest ono wspomagane także proszkiem do pieczenia. Wiem, to istne barbarzyństwo cukiernicze, ale co nam szkodzi raz na jakiś czas takowe popełnić? ;-) 
Ponieważ nie przepadam za posmakiem takich zupełnie "nie ruszanych" drożdży w cieście poczekałam około 30 minut, aby ciasto nabrało lekkiej pulchności. Mimo tego przepis i tak uznaję za niezwykle prosty i szybki.
Krążki są bardzo puchate, a w smażeniu rosną jak szalone. 
Myślę że to dobra alternatywa dla tych, którzy lubią tego typu wypieki, ale nie bardzo mają czas na ich zrobienie. Polecam, a wkrótce zapraszam na przepis na prawdziwe, idealnie puszyste i nie oszukiwane karnawałowe pączki.


Składniki: 

3 szklanki mąki pszennej
2 jajka
1 paczka suchych drożdży (7g)
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z cytryny
1 łyżka ekstraktu waniliowego
1/4 kostki masła
1-2 łyżki stołowe kwaśnej śmietany

olej lub smalec do smażenia
cukier puder z wanilią do obtaczania



Drożdże mieszamy z mąką, dodajemy cukier, skórkę, wanilię i łączymy z rozpuszczonym masłem, jajkami i śmietaną (1 łyżka). Wyrabiamy zwarte ciasto. Gdyby było zbyt zwarte można wspomóc się drugą łyżką śmietany. Możemy od razu wałkować i wycinać krążki, a możemy ciasto odstawić w ciepłe miejsce na 20-30 minut (polecam) i dopiero przystąpić do wałkowania.
Ciasto wałkujemy na grubość około 0.5 cm, wycinamy krążki i starannie otrzepane z mąki wrzucamy na mocno ciepły tłuszcz. Jeśli chodzi o przygotowanie tłuszczu obowiązują takie same zasady jak przy smażeniu faworków. Smażymy krótko, na złoty kolor. Krążki w trakcie smażenia bardzo intensywnie rosną. Odsączamy dokładnie w ręczniczkach papierowych i jeszcze ciepłe obtaczamy w cukrze pudrze. Ja robię to w ten sposób, że wrzucam 2-3 krążki do torebki z cukrem, potrząsam i wyjmuje idealnie oklejone cieniutką warstwą cukru.
Środki pozostałe po wycięciu krążków można usmażyć jako mini pączki.
Smacznego ;-)

niedziela, 30 stycznia 2011

Muffiny otrębowe


Dawno nie było u mnie czegoś z mąki razowej. Najpierw święta, teraz karnawał, staram się prezentować jak najwięcej tradycyjnych ciast związanych z tym okresem, ale to nie znaczy, że nie mam czasu na zdrowe jedzenie. Na to mam czas zawsze i Was też chcę do tego zachęcić. Tym bardziej, że muffiny robi się niezwykle szybko. Są świetną propozycją na śniadanie, doskonale smakują same albo z odrobiną miodu lub masła.
Co nietypowe przy muffinach, bardzo ładnie zachowują świeżość przez kilka dni. Poza tym to samo zdrowie: otręby, ciemna mąka, żurawiny, odrobina miodu, mało tłuszczu. Zróbcie je koniecznie!
Przepis dostałam od mojej siostry ciotecznej. Dziękuję Dorotko, jest świetny :-)



Składniki:

1 szklanka pszennych otrębów ( u mnie moje ulubione orkiszowe)
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej (u mnie pszenna razowa, typ 1400)
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 szklanki mleka
1/2 szklanki miodu lub melasy ( u mnie jedno i drugie pół na pół)
2 łyżki oliwy
2 jajka
ok 1/2 szklanki żurawin (mogą być rodzynki, orzechy, co lubimy)



Mieszamy razem wszystkie suche produkty wraz z sodą, proszkiem i bakaliami. W osobnej misce roztrzepujemy dokładnie wszystkie mokre produkty. Łączymy produkty mokre z suchymi, mieszamy jeszcze raz i napełniamy foremki do muffinów do 2/3 wysokości. Pieczemy w  temperaturze 190-195°C przez około 15 minut.
Z przepisu wychodzi około 16 muffinów. 
Smacznego :-)

Uwagi:

- przepis dopasowałam do mąki razowej typ 1400. Jeśli  użyjecie białej mąki zmniejszcie ilość mleka o ok. 1/3 szklanki. Jeśli użyjecie mąki jeszcze grubszej niż moja mleka trzeba użyć o 1/3 szklanki więcej. Obowiązuje prosta zasada: im grubsza mąką tym więcej chłonie wilgoci;

- zamiast mleka świetnie sprawdza się w tych muffinach jogurt naturalny;

- zamiast mąki pszennej możecie użyć orkiszowej.



Kochani, staram się prowadzić ten mój blog tak jak dotychczas, ale ponieważ docierają do mnie ciągle pytania na temat konkursu, w którym biorę udział pozwolę sobie jednak kilka słów na ten temat napisać, bo to rzeczywiście odrobinę zawiłe.
Mój blog, dzięki Waszym wspaniałym głosom znalazł się w szczęśliwej finałowej dziesiątce w kategorii Moje Zainteresowania i Pasje i tym samym przeszedł do III etapu konkursu na Blog Roku. Obecnie, wraz z dziewięcioma innymi blogami-finalistami jest poddawany ocenie Jurorki w naszej kategorii, to jest pani Jolanty Kwaśniewskiej, która z tej naszej dziesiątki wybierze 3 blogi. Ten etap zakończy się 1.02 i może wtedy zacznę oddychać ;-)
Niezależnie od tego trwają też eliminacje do tytułu Blog Blogerów. Spośród wszystkich blogów, które są w III etapie (po 10 finalistów z każdej z 10 kategorii, razem 100), wybierana jest znów dziesiątka, która zostanie poddana ocenie Jury złożonego z Blogerów. O tym kto znajdzie się w tej finałowej 10 decydują Czytelnicy, czyli Wy w drodze głosowania SMS. Jest to DRUGIE głosowanie. Jeśli więc ktoś oddał na mnie głos w etapie II, teraz, w etapie III może go oddać ponownie.
Głosowanie SMS trwa do 7.02.
Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśnia i staram się nie dopuszczać myśli, ze zagmatwałam Wam w głowach jeszcze bardziej ;-)
Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy mi kibicują i trzymają kciuki no i cóż... zachęcam do głosowania ;-) Szczegóły po lewej stronie mojego bloga.

czwartek, 27 stycznia 2011

Faworki idealne


Co to znaczy faworki idealne? Według mnie to faworki bardzo kruche, z doskonale cienkiego, niemal przezroczystego ciasta, z obowiązkowymi dużymi poduchami powietrza na końcach. W smaku muszą być delikatne i aromatyczne, a już w żadnym wypadku nie mogą być tłuste! Nie udało mi się nigdy trafić na takie faworki w sprzedaży. Nawet jeśli trafiałam  na cieniutkie i kruche, to zwykle ich aromat był dla mnie nie do zaakceptowania. Często wystarczało zerknąć tylko na ich poszarzały od starego tłuszczu kolor, żeby wiedzieć, że nie warto ich próbować.
Z tego powodu smażę faworki w domu. Stanie nad rondlem z parującym tłuszczem nie jest może najatrakcyjniejszym zajęciem na świecie, ale zapewniam, że porządne domowe faworki są tego warte.
Zapraszam :-)



Składniki:

6 dużych żółtek
2 szklanki mąki
szczypta soli
szczypta cukru
2-3 łyżki śmietany
1 łyżka spirytusu
1 łyżka rumu, whisky lub innego aromatycznego alkoholu
3-4 kostki smalcu do smażenia (zależnie od rozmiarów rondla)
cukier puder z wanilią do posypania



Mąkę przesiewamy na stolnicę, dodajemy szczyptę soli, szczyptę cukru, żółtka, śmietanę, alkohol i zagniatamy zwięzłe ciasto. Gdyby nie chciało się zagnieść możemy dodać jeszcze łyżkę śmietany, ciasto jednak nie powinno być zbyt luźne, aby przy wałkowaniu nie trzeba było używać do niego dużo mąki. Dla mających doświadczenie z ciastem na pierogi lub makaron: ciasto na faworki powinno być dużo bardziej tępe. Gdy ciasto jest porządnie zagniecione bierzemy wałek lub tłuczek i raz koło razu porządnie je wybijamy co najmniej kilkanaście razy. To dobry moment na wyładowanie wszystkich stresów ;-) Gotowe ciasto wkładamy do lodówki na około pół godziny aby odpoczęło, a następnie odrywamy po kawałku i wałkujemy bardzo cienko, podsypując możliwie jak najmniejszą ilością mąki. Ciasto powinno mieć nie więcej jak 1 mm grubości, nie martwcie się, jest na tyle zwięzłe i elastyczne, że bez problemu daje się rozwałkować na taką grubość.
Rozwałkowany placek kroimy radełkiem lub zwykłym nożem wzdłuż na paski szerokości około 3 cm, a następnie przekrawamy paski w poprzek, aby uzyskać prostokąty o długości 14-16 centymetrów. Tak naprawdę długość zależy od tego, w jak szerokim rondelku możemy smażyć faworki. Długość faworka, co oczywiste, nie powinna przekraczać długości naczynia. Gdy prostokąty są przygotowane każdy z nich przekrawamy po środku na długość około 3 cm, a następnie przekładamy jeden z końców faworka przez ten otwór, lekko rozciągamy całość i gotowe.
W szerokim rondlu rozpuszczamy tłuszcz, musi go być taka ilość, aby faworki mogły spokojnie pływać. Bardzo ważne jest, aby podgrzewać tłuszcz powoli, podgrzewany zbyt szybko zacznie się palić. Zwykle sprawdzam, czy tłuszcz jest gotowy poprzez wrzucenie do niego kawałeczka ciasta. Jeśli ciasto ładnie i szybko wypływa na powierzchnię oraz uzyskuje jasny, złoty kolor oznacza to, że tłuszcz jest gotowy. Jeśli ciasto nie wypływa od razu musimy tłuszcz jeszcze podgrzać, jeśli zaś wypływa od razu, ale bardzo skwierczy i szybko staje się brązowe tłuszcz należy schłodzić. Na swojej płycie smażę faworki na numerku 4 (skala od 1-9). Idealne byłoby 4.5, ale niestety, nie mam takiej opcji. 
Gdy mamy pewność, że tłuszcz ma odpowiednią temperaturę wkładamy do niego faworki. Przy wkładaniu musimy pamiętać, żeby robić to w miarę prosto, faworek wrzucony krzywo lub podwinięty w momencie wrzucania, już taki zostanie. Musimy też uważać, żeby faworki nie były zanadto obsypane mąką, bowiem ta będzie się palić, powodując, że tłuszcz szybko stanie się niesmaczny. Smażymy do zezłocenia obracając tylko raz. Wyciągamy na talerz wyłożony papierowymi ręczniczkami i bardzo dokładnie odsączamy. Gotowe faworki układamy na półmisku i posypujemy cukrem pudrem wymieszanym z wanilią. Pałaszujemy :-)



Uwagi:

- tłuszcz po usmażeniu kolejnych partii zaczyna ciemnieć, należy go wtedy wymienić. Przepalony tłuszcz nie dość, że wpływa fatalnie na smak, to jest bardzo niezdrowy;
- jeśli faworki rozwałkujemy zbyt grubo nie będą się w nich robić pęcherze powietrzne;
- to powinno być oczywiste, ale w razie czego napiszę: nigdy nie wlewamy tłuszczu do krawędzi naczynia w którym smażymy. Należy zostawić kilka centymetrów odstępu, bowiem rozgrzany tłuszcz może się bardzo łatwo zapalić;
- nigdy nie wylewamy tłuszczu po smażeniu do zlewu, gwałtownie schłodzony oklei rury odpływowe, może je nawet całkiem zatkać.


















środa, 26 stycznia 2011

Ciasteczka owsiane


Po mojej wczorajszej słonecznej tarcie i wpisie o braku słońca dziś w Warszawie świeciło aż miło. To lubię. Tylko proszę mi nie mówić, że nie ma w tym żadnej mojej zasługi ;-) 
Jak słońce świeci zupełnie inaczej się myśli. Można sobie na przykład przypomnieć, że obiecało się umieścić na blogu ciasteczka, co niniejszym czynię. Jutro zaś zapraszam na rewelacyjne, idealnie kruche i delikatne faworki, które dziś wreszcie udało mi się uwiecznić.
Tymczasem powracam do ciastek. Marzyły mi się idealnie kruche ciasteczka owsiane z czekoladą. Takie jakie można dostać w Ikei, ale mniej sztuczne w smaku, bez tej całej chemii konserwująco-polepszającej.  Wypróbowałam chyba z 6 przepisów. Ciastka za każdym razem wychodziły zbyt miękkie, zbyt twarde, za mało owsiane, za bardzo mączne itd. W końcu znalazłam przepis, który zdaje się spełniać moje oczekiwania, chociaż też musiałam go odrobinę zmodyfikować.
Ciasteczka są idealnie kruche i pięknie tę kruchość trzymają, a z dodatkiem czekolady smakują niezwykle podobnie do tych z Ikei. No właśnie, podobnie, ale ciut  jakby lepiej? Do tego są niezwykle łatwe do zrobienia. 
Przepis znalazłam u Dorotus, podaję poniżej z moimi lekkimi modyfikacjami. Ciasteczka z oryginalnego przepisu są również bardzo smaczne, ale zbyt napowietrzone do mojej koncepcji, no i nie mają czekolady. Zapraszam.

Składniki:

200 g miękkiego masła
1/2 szklanki drobnego cukru
1/3 szklanki brązowego cukru
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 szklanka mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
3 szklanki płatków owsianych

Polewa czekoladowa:

1 tabliczka (100g) czekolady deserowej
1 łyżka masła




Mieszamy mąkę z proszkiem, sodą i płatkami. Masło ucieramy na puch wraz z cukrami. Na końcu dodajemy jajko, mieszamy dokładnie i dodajemy wszystkie składniki sypkie. Jeszcze raz dokładnie mieszamy. Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Blachę wykładamy papierem do pieczenia i przystępujemy do formowania ciasteczek. Nabieramy na dłoń ilość ciasta wielkości małego orzecha włoskiego, formujemy w kulkę, lekko spłaszczamy i układamy na blasze. Uwaga, trzeba zachować duże odstępy, ciasteczka bardzo mocno rosną i rozlewają się.
Jeśli wolicie mniejsze ciastka, kulki powinny być wielkości orzechów laskowych. Ciasteczka pieczemy przez około 12-15 minut. Po wyjęciu z piekarnika chwilę czekamy żeby stwardniały i dopiero zdejmujemy z blachy.
Na garnku z gotującą się na małym ogniu wodą umieszczamy metalową miskę, do której wkładamy czekoladę i masło i mieszamy do roztopienia się składników. Pozostawiamy do lekkiego schłodzenia, a następnie napełniamy dekorator do ciast z bardzo cieniutką końcówką i ozdabiamy ciasteczka paskami.
Zostawiamy do zastygnięcia (czekolada nie powinna brudzić rąk) i pałaszujemy.
Ciasteczka świetnie przechowują się w metalowej puszce, proponuję taką z kłódką, żeby było co przechowywać ;-)


Uwagi:

- nie rezygnujcie z cukru brązowego, to on nadaje ciasteczkom specyficzny smak;
- jeśli nie macie ekstraktu waniliowego użyjcie łyżeczki cukru wanilinowego;
- jeśli zamiast deserowej dacie czekoladę gorzką zwiększcie ilość cukru w przepisie, chyba że lubicie mało słodkie wypieki;
- jeśli ciasteczka mają być jedzone przez dzieci można zamiast czekolady deserowej dać mleczną;
- jeśli lubisz tu zaglądać, zerknij na to, co napisałam na pasku po lewej stronie :-)

wtorek, 25 stycznia 2011

Tarta kokosowa z trawą cytrynową i mango


Znów spadł śnieg, zrobiło się zimno, a co najgorsze - przynajmniej w okolicach Warszawy - bardzo brakuje słonecznych dni. Wiem, to raczej normalne w naszej szerokości geograficznej o tej porze roku, ale z kim nie rozmawiam narzeka, że mu ciemno, że smutno... Jakoś trzeba temu zaradzić, więc w ramach odskoczni od chłodu i potencjalnych smuteczków zarządzam wycieczkę do ciepłych krajów!
Przepis na tę tartę wpadł mi w oko zupełnie przypadkiem, ale jak tylko go zobaczyłam wiedziałam, że muszę ją zrobić właśnie teraz. Tarta ma bardzo nietypowy smak, a jej składniki pięknie komponują się ze sobą. Użyłam mango z puszki, ale myślę, że ze świeżym tarta smakowałaby jeszcze lepiej, jeśli więc macie wybór kupcie świeże. 
Bardzo polecam i życzę Wszystkim dużo ciepła i słońca zarówno za oknem jak i w sercu.
Przepis pochodzi z książki Sarah Banbery "Tartaletki i tarty"

Składniki ciasta:

225 g mąki pszennej
szczypta soli
125 g schłodzonego masła pokrojonego w małe kawałki
50 g wiórków kokosowych
1 łyżka cukru pudru
zimna woda

Składniki nadzienia: 

3 łodygi trawy cytrynowej
390 ml śmietanki kremówki (u mnie po prostu pojemniczek 400 ml)
4 żółtka
100 g cukru trzcinowego
6 g żelatyny (zastąpiłam ją mąką, szczegóły poniżej)
1 duże lub dwa mniejsze dojrzałe mango
1-2 łyżeczki cukru pudru (moim zdaniem to o wiele za mało)

przepis na formę do tarty o średnicy 22 cm



Trawę cytrynową siekamy bardzo drobno. Do rondla wlewamy śmietankę, dodajemy trawę i zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia i zostawiamy pod przykryciem na około 1/2 godziny. Formę cienko smarujemy masłem. Przesiewamy mąkę i sól, dodajemy masło i miksujemy (najlepiej w malakserze) aż składniki zaczną zbijać się w grudki. Dolewamy niewielką ilość (1-2 łyżki, przyp. Daga) bardzo zimnej wody i szybko wyrabiamy ciasto. Wykładamy na oprószoną mąką stolnicę i rozwałkowujemy na koło o średnicy większej od średnicy formy o mniej więcej 8 cm. Ciasto przekładamy do formy i wylepiamy wnętrze formując dokoła równy rancik. 
Do środka wkładamy arkusz papieru do pieczenia i wsypujemy ziarna fasoli przeznaczone do pieczenia co ma przeciwdziałać tworzeniu się pęcherzy powietrza w dnie tarty (przyp. Daga). Formę z ciastem wkładamy na minimum 30 minut do lodówki.
Po tym czasie przekładamy ciasto do piekarnika nagrzanego do temperatury 190°C i pieczemy przez 15 minut, a następnie po wyjęciu pergaminu i fasoli pieczemy jeszcze przez 10 minut. Gdy tarta jest upieczona studzimy ją i przystępujemy do zrobienia kremu.
Żółtka ucieramy z cukrem trzcinowym. Śmietankę przecedzamy do czystego rondla, aby pozbyć się kawałków trawy cytrynowej i łączymy z koglem-moglem. Stawiamy na małym ogniu i gotujemy, aż lekko zgęstnieje. Jednocześnie rozpuszczamy żelatynę w niewielkiej ilości zimnej wody, przelewamy do sosu i mieszamy. Zdejmujemy rondel z ognia i studzimy sos, który pod wpływem żelatyny zacznie powoli gęstnieć. Wylewamy na spód tarty i schładzamy przez 3-4 godziny. Przed podaniem  obieramy mango, usuwamy pestkę, miąższ kroimy w cienkie plasterki. Przykrywamy owocami cały krem, posypujemy cukrem i karmelizujemy przy pomocy opalarki.
Jak już wyżej wspomniałam nie dodałam do przepisu żelatyny, bowiem ciasto będzie jadła wegetarianka. Zamiast niej (żelatyny, nie wegetarianki ;-)) do utartych z cukrem jajek dodałam płaską łyżkę mąki pszennej i płaską łyżkę mąki ziemniaczanej, dzięki czemu krem ładnie zgęstniał już w trakcie gotowania. Tarta nie wymagała też długiego chłodzenia, stężała całkowicie już po około godzinie w lodówce.

Uwagi:

- do ciasta najlepsze będą drobne wiórki albo wręcz mąka kokosowa, aby nadać mu kokosowy smak, ale nie wpływać znacząco na konsystencję;

- jak zwykle starannie ominęłam wykładanie dna tarty papierem i pieczenie z fasolą. Tartę przed wstawieniem do piekarnika nakułam kilkakrotnie widelcem i piekłam ją bez wyciągania z piekarnika przez taką samą ilość czasu jak w przepisie. Wyszła idealnie płaska, czyli taka jak trzeba.
- moim zdaniem 2 łyżeczki cukru pudru to stanowczo za mało, aby posypać nim wypełnioną wilgotnymi owocami dosyć sporą tartę i ten cukier skarmelizować zanim kompletnie rozpuści się na owocach. Ja w końcu dałam 4 łyżeczki, ale zrezygnowałam też z nadmiernego karmelizowania, aby tarta nie wyszła zbyt słodka.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Tort z musem czekoladowym


Miałam co prawda zamieścić przepis na zwykłe ciasteczka, ale stwierdziłam, że to jednak musi być tort. Porządny, prawdziwy i ...kuszący ;-)
Przygotowałam go na wczorajszą kolację z przyjaciółmi, aby przy okazji spotkania świętować także mój sukces, to jest zakwalifikowanie się do III etapu konkursu na Blog Roku. 
Odczuwam potrzebę podzielenia tym tortem także z Wami, bo przecież gdyby nie Wy nie miałabym czego świętować.
Tak więc dzięki Wam jest sukces i jest ten tort. Mocno czekoladowy, wilgotny, aksamitny, niezbyt ciężki i niezbyt słodki. Czekoladowi maniacy mogą warstwę środkową zastąpić kakaową. Smacznego!

Autorem tego zdjęcia jest Peter*, został do tego zmuszony i miał na jego zrobienie 5 minut, a wszystko przez to, że mój obiektyw zastrajkował. Stres wzmagał fakt, iż nad tym ostatnim kawałkiem tortu siedziała pewna Magda i cały czas usiłowała go zjeść, co zresztą nastąpiło w chwilę po oddaleniu się fotografa.
*tak, to ten sam, który robi wszystkie rysunki na moim blogu, aczkolwiek rysunki robi dobrowolnie, w normalnych terminach i warunkach ;-)

Składniki ciasta ciemnego:

6 dużych jajek
6 czubatych łyżek cukru pudru
4 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
3 łyżki kakao

Składniki ciasta jasnego:

3 duże jajka
3 czubate łyżki cukru pudru
3 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Składniki masy:

3 tabliczki dobrej jakości gorzkiej czekolady
750 ml śmietanki 30 lub 36%
4 łyżki cukru pudru
1 łyżka ekstraktu waniliowego

Składniki ponczu:

3/4 szklanki przegotowanej wody
3-4 łyżki aromatycznego alkoholu
1-2 łyżki soku z cytryny


przepis na tortownicę 28 cm



Ubijamy jajka z cukrem przez około 5 minut, aż kilkukrotnie powiększą swoją objętość i mocno zjaśnieją. Delikatnie i powoli dodajemy przesianą wraz z kakao mąkę i równie delikatnie, aby nie zniszczyć delikatnej struktury ciasta, mieszamy. Wylewamy do tortownicy, której dno wyłożone jest papierem (nie wykładamy i nie smarujemy niczym ścianek) i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C na około 30-35 minut. Sprawdzamy patyczkiem, czy ciasto jest gotowe. Po wyciągnięciu z piekarnika odstawiamy. Nie odkrawamy ciasta od tortownicy dopóki całkowicie nie wystygnie.
Analogicznie postępujemy z ciastem jasnym, tyle że mąki nie przesiewamy razem z kakao. Pieczemy je też nieco krócej (jest mniejsze), bo około 20-25 minut.

Gdy biszkopty są idealnie wystudzone wyciągamy je z form i zdejmujemy papier z dna. Biszkopt ciemny przekrawamy na pół. Przegotowaną wodę mieszamy z alkoholem i cytryną.
Mocno schłodzoną śmietanę ubijamy na sztywno wraz z cukrem i wanilią, wkładamy do lodówki. Rozpuszczamy czekolady na parze i odstawiamy do lekkiego wystudzenia. Gdy czekolada osiągnie temperaturę pokojową mieszamy ją bardzo delikatnie i stopniowo z bitą śmietaną, a następnie powstałym musem przekładamy ciasto. Na dno talerza/patery kładziemy ciemną połówkę biszkoptu, delikatnie nasączamy, wykładamy 1/3 masy,  przykrywamy jasnym biszkoptem, który również nasączamy i kładziemy kolejną porcję (1/3) masy. Na wierzchu układamy biszkopt ciemny, a następnie wierzch i boki tortu przykrywamy resztą masy. Możemy dowolnie ozdobić.
Przechowujemy w lodówce. Wyciągamy na około pół godziny przed podaniem. Tort świetnie się kroi.

Uwaga!  Proces przekładania powinien być sprawny, bowiem mus tężeje dosyć szybko i niezwykle trudno go potem rozsmarować.


Dzięki Wam cudownie przeszłam przez nominacje do konkursu na Blog Roku. Przy okazji tego konkursu trwają jeszcze nominacje do konkursu na Blog Blogerów. Będę bardzo wdzięczna, jeśli zechcecie i tutaj wspomóc mnie smsami (to samo hasło, numer i koszty). Szczegóły po lewej stronie bloga. Dziękuję!

środa, 19 stycznia 2011

Czy wszystko się Wam udaje? Nie? To może bajaderkę?


Wpadki kulinarne zdarzają się chyba wszystkim, zarówno tym mniej jak i tym bardzo doświadczonym. Wiele zależy zapewne od charakteru danej osoby, ci uważni i precyzyjni (to nie ja!!!) pewnie mają ich mniej, ale czasami właściwie nie wiadomo, co poszło nie tak. 
Jedną z większych wpadek jakie ostatnio zaliczyłam był...murzynek. Tak! Nie suflet, nie wykwintny tort tylko zwykły, najprostszy na świecie murzynek. Piekłam go z wielkim powodzeniem już jako nastolatka, może go upiec doprawdy każdy (kto pamięta "Kwiat kalafiora" M. Musierowicz?)  i zawsze wyjdzie. No właśnie, nie zawsze.. Mój murzynek po wyjęciu z piekarnika straszliwie opadł, a po rozkrojeniu okazało się, że w dużej części składa się z imponującego zakalca. Doprawdy nie wiem, jak mi się to udało. Dodać trzeba, że upiekłam tego murzynka dużą porządną blachę, nie jakąś tam małą tortowniczkę.
Na początku pomyślałam o koszu, ale potem przypomniały mi się bajaderki. Miałam w domu kilka ciastek biszkoptowych własnego wypieku, trochę kruchych ciasteczek w różnych smakach, również mojego autorstwa, słoik powideł, czekoladę i jakoś poszło..:-) Przepis poniżej. Bardzo polecam nie tylko przy okazji wpadek, bo ciastka są naprawdę bardzo smaczne i efektowne.



Składniki:
bardzo nieprecyzyjne, bo trudno przewidzieć, co się komu akurat nie uda;-)

- około 4 szklanki drobno pokruszonych kawałków ciast: może być nieudany murzynek po wycięciu zakalca, mogą być podsuszone resztki babki czy drożdżówek, ciasteczka itd. Bardzo dobrze, jeśli wypieki zawierają bakalie.
- 4-5 łyżek kwaskowatych powideł lub dobrego domowego dżemu (ze śliwek lub porzeczek)
- 1 tabliczka (100g) gorzkiej czekolady
- cukier puder do smaku, wszystko zależy od tego, jak słodkie były ciasta, których użyjecie
- 2-3 łyżki aromatycznego alkoholu (rum, whisky lub jakiś likier)
-ok 1/2 szklanki mleka lub słodkiej śmietanki (12%) gdyby masa okazała się zbyt sucha
- dowolne bakalie (rodzynki dobrze wcześniej namoczyć)
- wiórki, pokruszone orzechy, płatki migdałowe, kakao - do obtaczania
- ewentualne nadzienie*



Czekoladę rozpuszczamy na parze. Do dużej miski wsypujemy pokruszone ciasta i ciastka, dodajemy bakalie, łączymy z marmoladą i czekoladą, dodajemy alkohol i dokładnie mieszamy. Dosładzamy do smaku.  Gotowa masa powinna być gęsta i lepka. Jeśli jest zbyt sucha możemy dodać nieco mleka, śmietanki lub powideł, zależy od smaku. Jeśli masa już odpowiednia formujemy z niej niewielkie kuleczki, obtaczamy w posypce i wkładamy na co najmniej 3-4 godziny do lodówki, aby bajaderki ładnie stężały. Możemy podawać w papilotkach.
* niezwykle sympatyczną odmianą są bajaderki z nadzieniem. W moich bajaderkach jest to nadzienie a'la bounty, czyli wiórki kokosowe gotowane w mleku z cukrem do zgęstnienia. Równie dobrze może to być jednak marcepan, suszona śliwka uprzednio namoczona w alkohol, rodzynki itp.






Uwagi:
- jeśli ciasta użyte do bajaderek są bardzo wilgotne warto dodawać powidła stopniowo, może się bowiem okazać, że masa będzie zbyt wilgotna;
- najlepsze bajaderki powstają z więcej niż jednego rodzaju ciasta, awaryjnie można dodać do nich jakieś ciasteczka ze sklepu.













Kochani, zaczęła się ostatnia doba głosowania w konkursie na blog roku.
Mój skromny blog, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu w dalszym ciągu utrzymuje się w czołówce. 
Nie śmiem marzyć, że uda mi się to utrzymać do końca, bo ruch na liście jest teraz wielki...ale może jednak? 
Na pewno nie dokonam tego bez Was.
Jeśli lubicie tu zaglądać i nie macie nic przeciwko temu, żeby wydać 1.23 na cele charytatywne zagłosujcie proszę na mnie. 
Dziękuję :-)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Sernik czekoladowy z lemon curd


Mojej sernikomanii ciąg dalszy... Tym razem postanowiłam zderzyć ze sobą dwa bardzo mocne smaki: niezwykle aromatyczny, bardzo mocno cytrynowy lemon curd i ekstremalną czekoladę. Chwilę zajęło mi takie dobranie składników, żeby smaki idealnie się równoważyły, ale w końcu się udało. Dziękuję w tym miejscu wszystkim testującym, a szczególnie pewnym dwóm parom, które testowały jedną z wersji nawet w czasie Sylwestra :-)  
Moim zdaniem ten sernik to zestawienie doskonałe dla wielbicieli cytryny i czekolady. To teraz jeden z moich ulubionych serników, mam nadzieję, że Wam też będzie smakował. 



Składniki ciasta:

800 gram tłustego sera do sernikow
200 gram ( 2 tabliczki) dobrej jakości gorzkiej czekolady
2 płaskie łyżki mocnego kakao
1 i 1/2 szklanki cukru pudru
4 jajka
1 łyżka ekstraktu waniliowego

Składniki polewy:

lemon curd, przepis w poprzednim poście,
wystarczy ilość z podanych tam proporcji

przepis na foremkę około 22 cm



Czekolady roztapiamy na parze i zostawiamy do lekkiego ostygnięcia. Do sera dodajemy cukier, przesiane kakao i dokładnie mieszamy. Następnie, nie przerywając mieszania, dodajemy po jednym jajku, a na końcu wlewamy ekstrakt waniliowy i roztopioną, chłodną czekoladę. Mieszamy jeszcze raz bardzo dokładnie i wylewamy do tortownicy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C i pieczemy przez około 35-45 minut. Brzegi sernika powinny być ścięte, ale środek cały czas lekko galaretowaty. Gotowy sernik wystawiamy z piekarnika, okrawamy dokoło formy, aby zapobiec pękaniu i dokładnie studzimy. Ostudzony wkładamy do lodówki na minimum 5 -6 godzin, aby masa odpowiednio stężała. Po tym czasie przekładamy na talerz i smarujemy wierzch i boki równą warstwą schłodzonego lemon curd. Wyrównujemy szerokim nożem i możemy kroić. Sernik przechowujemy w lodówce.

Uwagi:

- mniej wdrożonych w pieczenie serników amerykańskich serdecznie zachęcam do przeczytania małego ABC na ten temat;
- ten sernik, mimo że jest bardzo delikatny i pozbawiony spodu wyjątkowo łatwo można przełożyć na talerz lub paterę. Wystarczy zdjąć obręcz od tortownicy, położyć talerz/paterę denkiem do góry na serniku, obrócić całość do góry nogami, zdjąć denko od tortownicy i warstwę papieru i przykryć całość lemon curd. Oczywiście sernik przekładamy tylko i wyłącznie po schłodzeniu!
- a jak już wspomniałam o spodach..jeśli ktoś bardzo lubi spód może go oczywiście dodać, jak do każdego sernika tego typu, ale moim zdaniem popsuje tę cudowną czekoladowo-cytrynową równowagę.



Lemon curd


Ten przepis zamieszczam teraz nie bez powodu, zaraz bowiem podam przepis na pewien pyszny sernik z tym  wspaniałym kremem w jednej z głównych ról.
Lemon curd, to bardzo mocno cytrynowy, idealnie gładki i jedwabisty krem. Pierwotnie służył do smarowania sławetnych angielskich bułeczek - scones. Świetnie jednak sprawdza się w kruchych babeczkach, na tartach, ciasteczkach, a także w naleśnikach, na racuchach, grzankach itp. Oryginalny lemon curd składa się z soku cytrynowego, skórki cytrynowej, masła i jajek. Są też różne jego odmiany, od pysznej, ale straszliwie maślanej wersji gdzie na 3 cytryny dajemy aż kostkę masła (wg. M. Roux, "Jaąka"), przez wersję pośrednią z joyofbaking,  po taką zupełnie bez masła, z mąką w charakterze zagęstnika i odrobiną oliwy (stąd, za Dorotus). Wszystkie powyższe wersje przetestowałam i na ich podstawie zrobiłam własną najbardziej mi pasującą smakiem i konsystencją. Krem nie jest bardzo tłusty, masło jednak zawiera i wychodzi taki, jak powinien być: aksamitnie gładki, gęsty i bardzo mocno cytrynowy, zarówno w smaku jak i aromacie.



Składniki:

3 duże cytryny (sok i skórka)
150 g cukru

2 jajka
2 żółtka
1/2 kostki masła



Wszystkie składniki za wyjątkiem masła mieszamy dokładnie ze sobą i umieszczamy w metalowej misce. Miskę stawiamy na garnku z gotującą się wodą (lekko gotującą) i energicznie ubijamy masę przez około 10 minut. Po tym czasie dodajemy pokrojone drobno masło, mieszamy, aż się rozpuści i zostawiamy do ostygnięcia. Po wystudzeniu wkładamy do lodówki, żeby masa porządnie zgęstniała. Gotowe. Jemy z dodatkami jak wyżej, a także, nie mogąc się opanować, podjadamy łyżeczką samą masę:-) 

niedziela, 16 stycznia 2011

Bubliczki


Kupujcie bubliczki,
Gorące bubliczki,
Gdy dacie rubliczki,
Nakarmię was!

Znacie to? Bardzo lubię tę piosenkę, szczególnie w wykonaniu Beaty Rybotyckiej. Zawsze też byłam ciekawa, jak te sławetne obwarzanki mogą smakować. Ostatnio, szukając czegoś zupełnie innego w "Kuchni Polskiej" trafiłam przypadkiem na przepis na bubliczki i koniec, po prostu musiałam je zrobić. To moje pierwsze prawdziwe obwarzanki i bardzo jestem z nich dumna. Są miękkie, ale lekko chrupiące, jak dla mnie idealne. Bardzo przypominają mi w smaku obwarzanki krakowskie, nawet niektóre próbowałam formować w podobny sposób.
A wiecie skąd wzięła się nazwa obwarzanek? Ponoć właśnie od metody ich wykonywania. Ciasto po uformowaniu najpierw się obgotowuje, czyli obwarza, a potem dopiero piecze. Wiedzieliście? Ja nie.



Składniki ciasta:

40 dag mąki
1 dag drożdży
1/2 szklanki mleka
1 jajko
1 łyżka miękkiego masła
1/2 łyżeczki soli (ja dałam więcej)
mak ( u mnie także czarnuszka)
białko 
cukier



Drożdże mieszamy z ciepłym mlekiem (ja dodałam również łyżkę mąki) i odstawiamy, żeby podrosły. Masło ucieramy z jajkiem, dodajemy mąkę, sól, drożdże i wyrabiamy ciasto. Ciasto powinno być zwarte, elastyczne i idealnie odchodzić od ręki. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, a gdy wyrośnie jeszcze raz je wyrabiamy. Gdyby okazało się na tym etapie zbyt rzadkie możemy dodać jeszcze kilka łyżek mąki, następnie ponownie odstawiamy do wyrośnięcia. Z wyrośniętego ciasta toczymy cienkie wałki (miejmy świadomość, że ciasto jeszcze urośnie) formujemy w krążki dowolnej wielkości i zlepiamy pomagając sobie białkiem. Miejsce złączenia wyrównujemy. Moje obwarzanki doskonale trzymały się bez udziału białka, za to wykorzystałam je później, o czym piszę w uwagach.
Przygotowane obwarzanki wkładamy do wrzącej, lekko osłodzonej wody na około 5 minut. Moim zdaniem to czas maksymalny, jeśli robimy obwarzanki cieniutkie wystarczą  3 minuty. Wyławiamy, posypujemy makiem.
Do pieczenia przygotowujemy 2 płaskie blachy, lekko obsypane mąką. Wsuwamy je do piekarnika, jedną wyżej, drugą niżej. Pieczemy 5 minut w temperaturze 200°C, następnie energicznym ruchem wywracamy górną blachę, aby obwarzanki spadły na dolną i pieczemy jeszcze przez 5-10 minut.


Tyle na ten temat w Kuchni Polskiej, jednak poza uwagami, które umieściłam już w tekście mam jeszcze kilka:
- jeśli obwarzanka nie obsypiemy makiem natychmiast po wyjęciu z wody mak nie będzie chciał się trzymać, odkryłam to po wyciągnięciu z wody pierwszej całej partii. Pomogłam sobie w ten sposób, że maczałam obwarzanki w niewykorzystanym do klejenia białku i dopiero posypywałam makiem. Trzymał się doskonale.

- nie do końca rozumiem, po co całe to zamieszanie z przerzucaniem obwarzanków z jednej blachy na drugą. Drugą partię upiekłam już bez tej gimnastyki i muszę powiedzieć, że nie widzę różnicy w smaku ani wyglądzie. Być może większe znaczenie ma to przy piekarnikach gazowych, ja mam elektryczny.

- jeśli lubicie zdecydowanie słone smaki ilość soli w cieście należy co najmniej podwoić, albo też posypać obwarzanki grubą solą z wierzchu,

- doskonale jako posypka sprawdza się czarnuszka, która ma bardzo zdecydowany, mocny smak.



Tę prośbę mam jedną:
Gdy gwiazdy w krąg zbledną,
Wspomóżcie mnie biedną
Choć jeden raz...

To oczywiście dalszy ciąg piosenki.
A jak już o wspomaganiu, to... jeśli lubicie mojego bloga, zagłosujcie na niego proszę w konkursie. Dziękuję!
No i koniecznie zróbcie te obwarzanki. Są pyszne!

piątek, 14 stycznia 2011

Eklerki


Lubicie eklerki? My lubimy. Niestety ;-)
Są różne wersje tych charakterystycznych podłużnych ciastek. Na ogół oblane są polewą czekoladową, czasami spotyka się je z kremem budyniowym, czasami z bitą śmietaną. Ja często robię je także z bitą śmietaną wymieszaną pół na pół z kremem budyniowym. Muszę się przyznać, że sama wymyśliłam takie połączenie i byłam z niego bardzo dumna. Byłam, dopóki nie doświadczyłam przykrego zderzenia z rzeczywistością czytając w książce słynnego Michela Roux, że on też tak robi ;-)
I jeszcze mała ciekawostka. Czy wiecie, że nazwa ekler pochodzi od francuskiego słowa éclaire, które oznacza błyskawicę? Na początku mnie to zdziwiło, ale potem pomyślałam, że pasuje idealnie. Kształt nieco błyskawicę przypomina, polewa pięknie sie błyszczy, nie wspominając już o tym, że z talerza znikają w tempie absolutnie błyskawicznym.
Zapraszam. Przepis na ciasto ptysiowe odrobinę nietypowy, pochodzi z książki "Ciasta" autorstwa wspomnianego już wyżej Michela Roux.

Składniki ciasta (wg M. Roux):

125 ml mleka
125 ml wody
100 g masła pokrojonego w kostkę
1/2 łyżki soli
1 łyżka cukru pudru
150 g mąki (niepełna szklanka)
4 jajka
1 żółtko roztrzepane z 1 łyżką masła

Składniki masy (wg Dagi):

- 1/2 litra śmietanki kremowej 36%
- 3-4 łyżki cukru pudru
- 1 łyżka ekstraktu waniliowego

Składniki polewy (j.w.):

- tabliczka gorzkiej, dobrej jakości czekolady
- 1 łyżka masła



Przygotowanie ciasta:
Mleko, wodę, masło, sól i cukier podgrzewamy na małym ogniu. Gdy zacznie wrzeć zdejmujemy z ognia, natychmiast wsypujemy mąkę i energicznie mieszamy całość drewnianą łyżką, aż ciasto nabierze gładkości. Wstawiamy jeszcze na chwilę na ogień i nie przerywając mieszania podgrzewamy przez około minutę, aby ciasto osuszyć. Przykładamy do miski, lekko studzimy, a następnie wbijamy po jednym jajku znów energicznie mieszając. Roux sugeruje w dalszym ciągu drewnianą łyżkę, ja jednak wolę na tym etapie posiłkować się zwykłym ręcznym mikserem. Gotowe ciasto powinno być gęste, gładkie i błyszczące.
Nagrzewamy piekarnik do 180°C, wykładamy blachę papierem do pieczenia, a następnie formujemy na nim małe, podłużne ciasteczka o wymiarze około 12-15 na 2-3 cm. Formować możemy przy pomocy łyżeczki, dekoratora do ciast, albo po prostu zwykłej torebki foliowej, w którą pakujemy ciasto, a następnie odcinamy jeden róg. Ważne, żeby pomiędzy ciasteczkami zostawić kilka centymetrów odstępu, eklerki bardzo urosną!
Gdy blacha jest zapełniona smarujemy eklerki roztrzepanym z mlekiem żółtkiem ( no cóż, kompletnie umknął mi ten etap, bez większej szkody dla ciastek) i wstawiamy do gorącego piekarnika na około 25 minut. Z wierzchu powinny być chrupkie w środku lekko wilgotne. Upieczone studzimy i gdy sa idealnie zimne przekrawamy delikatnie na pół.

Przygotowanie masy:
Mocno schłodzoną śmietanę ubijamy z cukrem i ekstraktem waniliowym do momentu, aż będzie idealnie sztywna. Miskę z dobrze ubitą śmietaną można odwrócić do góry nogami. Ważne jest jednak, żeby nie ubijać za długo i śmietany nie "przebić" bo zacznie się z niej wytrącać masło. Gotową śmietaną napełniamy eklerki. Najlepiej zrobić to dekoratorem z grubą ozdobną końcówką, ale można też zwykłą łyżeczką. Miskę po opróżnieniu oddajemy największemu łasuchowi w domu do wylizania ;-)

Przygotowanie polewy:
Napełniamy garnek w 1/3 wodą i stawiamy na gazie. Gdy woda się zagotuje zmniejszamy podgrzewanie do minimum i stawiamy na garnku metalową miskę lub inny, pasujący rozmiarem metalowy garnek. Do owej miski/garnka wrzucamy pokruszoną czekoladę wraz z masłem i mieszając czekamy, aż się rozpuszczą tworząc jednolitą, błyszczącą masę. Lekko studzimy i przy pomocy pędzelka malujemy wierzchy eklerków.
Możemy podawać od razu, albo po 2-3 godzinach, kiedy eklerki lekko zmiękną. Smaczne są też następnego dnia, ale generalnie ciasto ptysiowe niezbyt dobrze i długo się przechowuje.
Jeśli przewidujemy, że większa ilość ciastek zostanie do następnego dnia (choć nie wiem jak to możliwe) bezpieczniej będzie nadziać je kremem budyniowym. Idealnie nadaje się do tego na przykład krem karpatkowy.
Smacznego!



Uwagi:

- wspomniałam, że przepis jest nietypowy, ale osoby nie mające do czynienia z ciastem ptysiowym mogą nie wiedzieć, na czym nietypowość polega. Wyjaśnię więc, że w najpopularniejszych przepisach nie ma zazwyczaj mleka, cukru i soli w składzie. Nie mniej jednak uważam, że dodatek powyższego dobrze eklerkom robi;
- to już naprawdę ostatnia ciekawostka na dziś. Pisząc ten tekst nie byłam pewna, czy eklerki są rodzaju męskiego czy żeńskiego. Skłaniałam się raczej ku wersji męskiej, w "Ciastach" tłumacz użył wersji żeńskiej powędrowałam więc do słownika żeby dowiedzieć, się, że obie wersje są prawidłowe.
Kończąc więc życzę Wam udanych eklerek i eklerków ;-)

czwartek, 13 stycznia 2011

Precelki mocno czekoladowe


To jedne z tych ciasteczek, które niestety, mimo ciekawego kształtu kompletnie nie wyglądają. Coś jak chillibites, tylko jeszcze gorzej;-) 
Nie zrobiłam ich jednak dla wyglądu tylko dla smaku, a ten jest moim zdaniem świetny! Są jednocześnie kruche, miękkie i oczywiście niezwykle czekoladowe. Nie mogłyby zresztą być inne, bo przepis pochodzi z książki "Czekolada" Jacqueline Bellefontaine.
Jeśli więc ktoś spragniony jest odrobiny pocieszenia w tę iście listopadową pogodę zapraszam na mocno czekoladowe precelki.



Składniki: 

225 g mąki pszennej
100 g masła
7 łyżek cukru ( moim zdaniem pudru)
1 jajko
1 łyżka kakao w proszku (dałam 2 i moim zdaniem to wcale nie za dużo)

do przybrania:
1 łyżka masła
100 g czekolady deserowej
cukier puder do posypania


z przepisu wychodzi około 30 niewielkich precelków



Przesiewamy razem mąkę i kakao. W dużej misce ucieramy na puch masło z cukrem, dodajemy jajko, mieszamy ponownie, a następnie wsypujemy mąkę z kakao i całość starannie mieszamy. O ile nie mamy porządnego robota kuchennego (ja niestety nie mam) trzeba w pewnym momencie przejść na ręczne wyrabianie, bo ciasto robi się niezwykle gęste. Trwa to jednak tylko chwilkę, bo składniki ładnie się łączą. Tak przygotowane ciasto schładzamy przez około 15 minut. Moje po upływie tego czasu było jeszcze dosyć rzadkie, w sumie czekałam więc nieco ponad pół godziny. 
Gdy ciasto jest schłodzone odrywamy z niego niewielkie kawałki, rolujemy w palcach lub na stolnicy na wałeczki długości kilkunastu centymetrów i zaplatamy precelki. Najpierw robimy kółko, a następnie zawijamy końce wałeczków i przekładamy je pod spód precelka. Układamy na wysmarowanej masłem (u mnie wyłożonej papierem do pieczenia) blasze i pieczemy przez około 8-12 minut w temperaturze 190°C. Moje precelki po tym czasie były jeszcze lekko surowe, piekły się więc około 15 minut. Trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie trzymać ich zbyt długo, bo zanadto stwardnieją. Najlepiej wyjąć jednego precelka, lekko schłodzić i spróbować, czy nie jest surowy.
Na parze rozpuszczamy czekoladę wraz z masłem. Gdy jest płynna maczamy w niej precelki jednym końcem i pozostawiamy do zastygnięcia. Drugą część precelka posypujemy cukrem pudrem.

Uwagi:
- zastosowałam się do wskazówek dotyczących ozdabiania, myślę sobie jednak, że na przyszłość będę precelki w całości oblewać czekoladą, bo cukier puder nie polepsza ich wyglądu i nie wnosi zbyt wiele do smaku;
- precelki nieźle smakują maczane częściowo w białej czekoladzie. Niestety to również nie poprawia ich wyglądu, rozpuszczona biała czekolada wygląda bowiem jak coś w rodzaju żółtawego lukru, no ale jak mówiłam, te ciasteczka służą zdecydowanie do jedzenia, nie do ozdoby;-)
- precelki tuż po upieczeniu są bardzo miękkie, trzeba je więc na chwilę zostawić na blasze, aby nieco stwardniały i dopiero później zdejmować.

Bardzo nieśmiało przypominam się z głosowaniem. Jeśli lubisz tu zaglądać zagłosuj proszę na mój blog w konkursie. Szczegóły TUTAJ lub na pasku po lewej stronie bloga. Dziękuję!

środa, 12 stycznia 2011

Tarteletki makowo-marcepanowe


Jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie nasyciłam się wystarczająco makiem w te święta. Nie wiem czy można mieć zbyt niski poziom maku w organizmie, w każdym razie ja odczuwam coś na kształt tej przypadłości ;-)
Myśląc nad makiem nie miałam już ochoty na typowy makowiec, zastanawiałam się raczej nad czymś mniejszym. Miały więc być rogaliki, ale w końcu padło na tartaletki i nie żałuję decyzji. Tym bardziej nie żałuję, że dodałam do nich własnoręcznie wykonaną masę marcepanową, którą uwielbiam.
Jako nadzienia użyłam po raz pierwszy gotowego maku mielonego i uważam, że to może niedoskonała, ale całkiem miła i szybka alternatywa dla zwyczajnego maku, który trzeba mielić w domu.
Przy okazji jeszcze słowo o gotowych puszkach z nadzieniem makowym. Wiem że są one bardzo wygodne i popularne, nawet ja sama wspominam o nich w jednym z przepisów, ale... gorąco zachęcam do tego, żeby korzystać z nich jak najrzadziej. Nadzienie z puszki ma zazwyczaj w składzie mnóstwo cukru, sztuczny miód, oleje roślinne, bułkę tartą (!), cały szereg bliżej mi nieznanych substancji dodatkowych i morze olejku migdałowego. Nie sądzę, żeby ktokolwiek robiąc masę makową w domu użył do jej wytworzenia takich samych składników. Różnica w smaku jest więc naprawdę ogromna.
Wiem że często nie ma czasu albo możliwości, ale jeśli już trzeba się podeprzeć jakimś gotowcem, moim zdaniem lepiej użyć gotowego mielonego maku i przyprawić go w domu po swojemu, nie zajmie to więcej niż kwadrans.


Składniki ciasta:

2 szklanki mąki pszennej
1 kostka masła (20 dag)
2 żółtka
2 łyżki cukru pudru

Składniki nadzienia:

1 szklanka mleka
100 g maku ( u mnie testowo suchy mak mielony)
1/2 szklanki cukru
2-3 łyżki miodu
1 łyżka masła
1-2 łyżki rumu lub amaretto
skórka otarta z 1/2 pomarańczy
2 jajka
poza tym około 200 g masy marcepanowej



Mieszamy mąkę z cukrem, siekamy z zimnym masłem, dodajemy żółtka i szybko zagniatamy ciasto. Odkładamy mniej więcej 1/5 na ozdobne paski, a resztę rozwałkowujemy na grubość około 4 mm i wykładamy nim lekko natłuszczone foremki do tartaletek w taki sposób, aby ciasto równomiernie przylegało do foremki. Tartaletki z ciastem wstawiamy na minimum 1/2 godziny do lodówki.
W tym czasie możemy przystąpić do zrobienia masy makowej:
mak zalewamy mlekiem i gotujemy przez około 10-15 minut, do napęcznienia. Odcedzamy jeśli jest zbyt wodnisty, przekręcamy razem z cukrem przez maszynkę dwu, albo trzykrotnie, a następnie przekładamy z powrotem do garnka i jeszcze przez chwilę podgrzewamy wraz z masłem, miodem i wszystkimi przyprawami, aby masa ładnie się połączyła. Studzimy, mieszamy z żółtkami, a następnie na końcu ubijamy pianę z białek i mieszamy ją delikatnie z masą makową.
Jeśli korzystamy z gotowego maku mielonego na sucho mleka dajemy o 1/3 mniej, cukier, miód, masło i przyprawy dodajemy od razu i całość gotujemy przez 10-15 minut aż masa makowa napęcznieje i stanie się miękka i delikatna. Następnie dodajemy jajka jak powyżej.

Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200°C. Dno wyłożonych ciastem tartaletek wykładamy papierem i obciążamy fasolą albo specjalnymi kulkami do pieczenia. Pieczemy całość przez około 10-12 minut. Cały zabieg z fasolą ma na celu zapobiegnięcie tworzeniu się pęcherzy powietrza w spodzie tartalerki. Przyznam się, choć pewnie nie powinnam, że kompletnie mi się nie chce wykładać tej fasoli, więc często poprzestaję tylko na lekkim nakłuciu tartaletek widelcem przed pieczeniem co również zapobiega nadmiernemu wyrastaniu i deformowaniu się ciasta.
Podpieczone tartaletki wykładamy z piekarnika i lekko studzimy. Nie wyciągamy ich z foremek!
Jak lekko przestygną możemy przystąpić do końcowego etapu pracy:
masą marcepanową wykładamy dna tartaletek na grubość około 3-4 mm, na to kładziemy masę makową do wysokości foremki, ozdabiamy całość kratką wykonaną z pasków ciasta (paski kładziemy dosyć luźno, ale na końcach powinny być porządnie przyklejone do brzegów tartaletek) i smarujemy białkiem.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy przez około 12-15 minut. Masa makowa nieco urośnie, a kratka ładnie się zrumieni. Gotowe tartaletki studzimy, a następnie delikatnie wyciągamy z foremek przewracając je do góry nogami na rękę, albo jakieś miękkie podłoże, żeby nie pokruszyć kratki. Możemy polukrować lub posypać cukrem pudrem. Tartaletki pyszne są tego samego dnia kiedy ciasto przyjemnie chrupie, ale bardzo smaczne są też przez kolejne dni, kiedy to ciasto nabiera wilgoci od nadzienia.



Jeszcze słówko o domowej masie marcepanowej. Bardzo łatwo ją zrobić, wystarczy połączyć drobno zmielone migdały i cukier w równych proporcjach, dodać odrobinę ekstraktu migdałowego lub kilka gorzkich migdałów dla aromatu (jak uda Wam się je gdzieś zdobyć) i parę łyżeczek wody, aby całość można było zlepić w całość. Na ogół stosuje się wodę różaną, ale ja ostatnio dodałam zwykłą wodę i też byłam zadowolona z efektu. Kilka minut roboty, a potem pozostaje nam tylko powstrzymywanie się, żeby tej masy nie zjeść od razu bez dodatków. To pisałam ja, migdałożerca pierwszej kategorii ;-) Smacznego!

Zapomniałabym... jeśli lubicie mojego bloga i nie macie nic przeciwko temu, aby wydać 1,23 zł na cele charytatywne kliknijcie proszę TUTAJ i oddajcie na mnie głos w konkursie. Dziękuję!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Tort migdałowo-kawowy i mała prośba


Ten tort Neli Rubinstein określiła jako "spuściznę rodową", przepis pochodzi bowiem z kajecika jej matki. Ja oczywiście wzięłam go z książki "Kuchnia Neli" autorstwa samej Anieli Rubinstein.
Oprócz mojej wielkiej miłości do migdałów zachęciło mnie w nim to, że nie ma w składzie mąki. Tort jest mocno migdałowy i równie mocno kawowy. Bardzo intensywny w smaku. Wprowadziłam małą modyfikację do kremu, żeby był nieco lżejszy, bo nie przepadam za kremami maślanymi, ale poniżej podaję  przepis oryginalny.
 I jeszcze wspomniana prośba:  mam wrażenie, że w moim wydaniu książki (wyd. Muza 2004) jest błąd w opisie sposobu wykonania, bo nagle po informacji o nagrzaniu piekarnika pojawia się informacja, że białka należy ubić i połączyć z bliżej nieznaną masą jajeczno-orzechową (?). Wydedukowałam sobie, jak dalej postępować, ale ciekawa jestem, jak powinno być wg Neli. Nie wiem czy to błąd tego akurat wydania, tłumacza, czy też jakimś cudem ja to źle interpretuje jako pomyłkę. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś, kto ma inne wydanie tej książki zechciał to sprawdzić. A może ktoś ma oryginał wydania amerykańskiego? Przepis występuje jako ostatni w książce, więc łatwo go znaleźć. Dzięki!

Składniki ciasta:

150 g nieobranych migdałów
150 g obranych migdałów
2 szklanki cukru (400g)
10 jajek 
1 łyżka stołowa esencji waniliowej (ominęłam)
1 łyżeczka esencji migdałowej
1/4 szklanki bardzo dobrej, drobno zmielonej kawy

Składniki masy:

2 łyżki stołowe rozpuszczalnej kawy
2 łyżki stołowe wrzącej wody
120 g masła (zamiast masła dałam 400g bitej śmietany 36%)
1/2 szklanki (100g) cukru pudru
1 łyżka stołowa rumu

Składniki polewy:

3/4 szklanki bardzo mocnej kawy
2/3 szklanki (130g) cukru
1 szklanka (200g) cukru pudru
5 łyżek stołowych rumu

przepis na tortownicę 22 cm

 Przygotowanie ciasta:
Obydwa rodzaje migdałów mielimy możliwie drobno z 1/2 szklanki cukru, powinny przypominać mąkę. W dużej misce ucieramy żółtka z 1 i 1/2 szklanki cukru aż masa zjaśnieje. Dodajemy esencję waniliową (którą ominęłam) i migdałową oraz kawę. Dosypujemy orzechy. Ubijamy jeszcze przez 5 minut. Nagrzewamy piekarnik do 200°C.
Białka ubijamy na sztywno, mieszamy z masą jajeczno-migdałowo-kawową w ten sposób, że najpierw mieszamy 1/3 piany,a następnie ostrożnie łączymy masę z resztą. Masę dzielimy na dwie równe części i przekładamy do dwóch takich samych wysmarowanych masłem tortownic. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy 35-40 minut. Sprawdzamy patyczkiem. Upieczone ciasto odstawiamy na 5 minut, a następnie wyjmujemy oba krązki z tortownicy i dokładnie studzimy.

Przygotowanie masy:
Kawę rozpuszczamy w wodzie i studzimy. Lekko schłodzone masło kroimy na małe kawałki i ucieramy wraz z cukrem i rumem. Dodajemy kawę i mieszamy porządnie jeszcze raz. Masa powinna mieć wg. Neli dosyć niską temperaturę, powinna być jednak zarazem na tyle miękka, aby łatwo było ją rozsmarować. Krążek ciasta smarujemy masą i przykrywamy drugim krążkiem.

Przygotowanie polewy:
Kawę i cukier gotujemy razem aż nabiorą konsystencji syropu. Cukier puder wsypujemy do niemetalowej miski i cały czas mieszając wlewamy stopniowo syrop kawowy. Mieszamy tak długo, aż konsystencja polewy będzie zupełnie gładka. Dodajemy rum, jeszcze raz mieszamy i możliwie szybko wykładamy masę na wierzch tortu. Tort przechowujemy w lodówce.

czwartek, 6 stycznia 2011

Sernik cytrynowy


Skoro już napisałam o sernikach, to na zachętę wstawiam kolejny przepis ;-)
To jeden z moich ukochanych serników. Od razu ostrzegam, że tylko dla wielbicieli cytryny, bo sernik jest cudownie mocno cytrynowy!
To także jeden z łatwiejszych serników. 
Bardzo polecam.
Przepis z jednej z moich ulubionych książek o sernikach "Najlepsze serniki świata" wydawnictwa RM, która mimo licznych nieścisłości stanowi dla mnie źródło inspiracji. Przepis z moimi niewielkimi zmianami, głównie dotyczącymi ilości, w oryginale sernik jest tylko z 340 gram sera.


Składniki spodu:

70 g  drobno pokruszonych ciasteczek waniliowych
40 g roztopionego masła
3 łyżki cukru


Składniki ciasta:

700 g tłustego twarogu sernikowego
1/2 szklanki soku z cytryny (u mnie także szczypta skórki cytrynowej)
1 szklanka cukru
4 jaja
u mnie także 1 łyżka ekstraktu waniliowego


Składniki polewy:

1 szklanka śmietany ( u mnie zwykła śmietana 18%)
starta skórka z 2 cytryn
4 łyżki cukru

przepis na tortownicę 22 cm



Łączymy składniki spodu i wyklejamy nimi dno i boki tortownicy. Twaróg sernikowy łączymy z cukrem i sokiem z cytryny i dodajemy pojedynczo jajka, za każdym razem dokładnie mieszając. Całość wylewamy na spód i pieczemy około 30 minut, w temperaturze 160°C albo do czasu, aż wierzch się zetnie. (środek może pozostawać lekko galaretowaty). Ciasto wyjmujemy z piekarnika i pozostawiamy do ostygnięcia na 5 minut. W tym czasie mieszamy śmietanę ze skórką i cukrem i wylewamy na sernik. Wkładamy do piekarnika i pieczemy przez kolejne 10 minut.
Gotowy sernik studzimy, a następnie chłodzimy w lodówce przez minimum 5 godzin. Najlepiej kroić nożem zwilżonym w ciepłej wodzie. Pyszne :-)
















Serniki amerykańskie - małe ABC


Ostatnio dostaję sporo szczegółowych pytań dotyczących prezentowanych przeze mnie serników. Pytania dotyczą głównie tzw. serników amerykańskich. 
Jesteśmy przyzwyczajeni do tradycyjnych serników, które przygotowuje się z innych składników i zupełnie innymi metodami, stąd liczne wątpliwości, nawet u bardzo doświadczonych. Pomyślałam więc, że może dobrze będzie, jeśli zbiorę w kilku punktach wszystkie najważniejsze informacje o tego typu wypiekach. Jednocześnie zaznaczam, że nie czuję się ekspertem, swoją wiedzę opieram na moim doświadczeniu i tym, co o tego typu sernikach udało mi się doczytać.
Jeśli ktoś będzie chciał coś dodać do poniższego spisu będę bardzo wdzięczna.

1. Ser. Powinien być tłusty i kremowy. W oryginalnych przepisach taki ser jest zazwyczaj określany jako cream cheese (np. Philadelphia), czyli ser, który na ogół ma powyżej 30% tłuszczu. Dlatego w tego typu sernikach gorzej sprawdzają się sery chudsze, mające tylko kilka procent tłuszczu. Mnie najlepsze serniki udają się z serka wiaderkowego Piątnicy (ok 15% tłuszczu) o którym parę razy już wspominałam* Dobrze sprawdza się też Delfiko. W niektórych regionach można też dostać doskonały twaróg sernikowy z Wielunia (prawie 30 %). Korzystając z okazji dodam, że żaden z producentów ww. serów nie płaci mi za reklamę :-)

2. Spód sernika. W oryginalnych przepisach mamy na ogół do czynienia z tak zwanym spodem ciasteczkowym. Polega on na tym, że gotowe kruche ciasteczka kruszy się na piasek, dodaje rozpuszczone masło i wykleja dół, a czasami też boki tortownicy. Najczęściej mamy do czynienia ze spodem z ciasteczek digestive, ale można użyć każdych innych dopasowanych smakiem. To bardzo szybka i łatwa metoda, ale ja nie jestem zwolenniczką takich spodów. Po pierwsze dlatego, że są okropnie tłuste. Kruche ciastka i tak mają sporo tłuszczu, a tu jeszcze dodajemy do tego masło... Poza tym nie odpowiada mi smak takiego spodu, nie lubię sztucznych aromatów i - jak ja to nazywam - zapachu przemysłu cukierniczego w ciastach domowych ;-) Z tego powodu na ogół stosuję własne spody, albo robię serniki w mojej ukochanej wersji - bez spodu.

3. Przygotowanie masy serowej. Ogólną zasadą jest mieszanie masy w taki sposób, aby jej nadmiernie nie napowietrzyć. Tak więc mieszamy, żeby dokładnie połączyć składniki, ale ich nie ubijamy. Z tego też powodu jajka dodawane są do masy zawsze w całości, nigdy nie ubijamy osobno piany.

 4. Tortownica. Serniki amerykańskie powinny być robione tylko w formach ze zdejmowanymi bokami. Ciasto jest tak delikatne, że nie wyjmiemy go ze standardowej formy. Najlepiej tortownicę wyłożyć papierem od spodu, to znaczy zamknąć obręcz na papierze do pieczenia. To dodatkowo uszczelni tortownicę i sprawi, że papier będzie się doskonale trzymał. Boków już nie wykładamy, ani niczym nie smarujemy. W niektórych sernikach (pieczonych w kąpieli wodnej, albo z wyjątkowo rzadką, mogącą przeciekać masą) warto również owinąć tortownicę od spodu folią aluminiową.

5. Pieczenie. To dosyć zaskakujący etap dla kogoś, kto przyzwyczajony jest do pieczenia serników tradycyjnych, z którymi trzeba się obchodzić niezwykle ostrożnie, piec je długo, studzić powoli, a i tak nie dostaniemy gwarancji, że taki sernik w podzięce za nasze trudy nie opadnie spektakularnie na samym środku :-) Z sernikami amerykańskimi jest zupełnie inaczej. Po pierwsze nie opadają! Nie przeszkadza im też otwieranie i zamykanie piekarnika w trakcie pieczenia, często receptura wręcz tego wymaga. Pieczemy je dosyć krótko (od 30 do 60 minut) i w niezbyt wysokiej temperaturze. Ścięte powinny być tylko boki, środek powinien pozostać lekko galaretowaty. Wyjątkowo delikatne i kremowe serniki pieczemy w kąpieli wodnej, czyli tortownicę zanurzamy na kilka centymetrów w gorącej wodzie.

6. Serwowanie. Tylko i wyłącznie po kilkugodzinnym schłodzeniu. Wyjątkowo delikatne serniki kroimy nożem zanurzanym w gorącej wodzie.

7. Problemy. Uważam, że serniki amerykańskie są dużo łatwiejsze w przygotowywaniu i pieczeniu niż serniki tradycyjne, ale one również mogą przysporzyć nam problemów. Najczęściej może się zdarzyć pękanie sernika w trakcie studzenia. Aby temu zapobiec należy tuż po wystawieniu sernika z piekarnika okroić go dokoła bardzo ostrym nożem. Jeśli użyjemy mało tłustego i niezbyt dobrej jakości sera może się okazać, że sernik jest w nim "utopiony", to znaczy po wyjęciu z piekarnika z sernika wręcz kapie woda, cały spód jest rozmoczony. Taki sernik po pozbyciu się wody i po schłodzeniu będzie miał zupełnie inną konsystencję, straci swą kremowość, dlatego tak ważne jest, aby użyć właściwego, odpowiednio tłustego sera.

* dopisano 05.03.2013 - nie wiem co stało się z serkiem Piątnicy, ale tego typu serniki nie są z niego już tak dobre jak kiedyś.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Sernik toffi i czekolada


Jeśli powiem, że sernik nie jest moim ulubionym ciastem to i tak, patrząc na to ile serników już upiekłam, nikt mi nie uwierzy. Prawda jest taka, że na tradycyjne, ciężkie serniki mam ochotę rzadko, bardzo za to lubię lekkie i kremowe serniki amerykańskie. Chętnie wypróbowuję przepisy i sama wymyślam nowe smaki.
Tak było i z tym sernikiem. Miał być mocno czekoladowy, ale (w co pewnie też nikt nie uwierzy) nie jestem aż tak wielką fanką czekolady, więc zdecydowałam, żeby czymś tę "czekoladowość" przełamać. Padło na masę toffi i uważam, że to bardzo dobre połączenie. Słodkie toffi łagodzi gorzkawą czekoladę, a całość jest przyjemnie aksamitna. Idealny kremowy sernik na zimowy wieczór.



Składniki:

80 dag tłustego zmielonego sera
4 jajka
2 tabliczki (po 100g) dobrej gorzkiej czekolady
ok 200 g masy kajmakowej
1 szklanka cukru pudru


przepis na tortownicę ok. 20-23 cm
 

Czekolady rozpuszczamy na parze. Miksujemy ser z cukrem, aż składniki dokładnie się połączą, a następnie dodajemy po jednym jajku i dalej mieszamy. Z masy serowej odlewamy ok 1/3 do osobnego naczynia i łączymy tę część z masą kajmakową. Pozostałe 2/3 masy łączymy z rozpuszczoną schłodzoną czekoladą.

Do tortownicy, której dno jest wyłożone papierem wlewamy najpierw masę czekoladową, a następnie na nią nakładamy masę kajmakową. Całość lekko mieszamy widelcem od dna, aby uzyskać wzór marmurkowy.
Wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C i pieczemy przez około 40 minut, do czasu, aż brzegi sernika stężeją, a środek pozostanie lekko galaretowaty.
Wyciągamy z piekarnika, okrawamy dokoła, aby zapobiec pękaniu i pozostawiamy do wystudzenia. Wystudzony sernik wkładamy do lodówki na kilka godzin, najlepiej na całą noc. 

Uwagi:

- jeśli tortownica nie jest pierwszej młodości albo jakości (moje nigdy nie są) warto owinąć ją z zewnątrz folią aluminiową, masa może przeciekać;
- sernik na zdjęciu ma delikatny spód zrobiony ze startego na tarce kruchego czekoladowego ciasta, ale spokojnie można go pominąć, po upieczeniu sernik jest na tyle zwięzły, że nie wymaga spodu, ładnie się kroi;
- warto przyjrzeć się temu, co napisane jest na puszkach z gotowym kajmakiem. Najlepiej wybrać taki, który w składzie zawiera tylko mleko i cukier. Kajmak można też zrobić samodzielnie gotując przez około 2.5 godziny w garnku z wodą zamkniętą puszkę słodkiego skondensowanego mleka. Uważajcie tylko, aby woda nie wyparowała w trakcie gotowania i aby nie otwierać od razu gorącej puszki!

 
Design by Ciey based on Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes