Zgodnie z obietnicą przedstawiam przepis na pączki. Zaczynam od najzwyklejszych, tradycyjnych pączków z marmoladą. Od długiego czasu korzystam ze sprawdzonego przepisu, który kiedyś na forum gazety umieściła
Limba. Niemal identyczne przepisy można znaleźć w wielu książkach kucharskich z Kuchnią Polską na czele. Pączki wychodzą smaczne i puchate. Można je nadziać czym się chce, ja tego rodzaju pączki najbardziej lubię z lekko kwaskowatą marmoladą śliwkową. Nie przepadam za nadzieniem z konfitury z róży, jest dla mnie za słodkie. Z tego samego powodu nie przepadam za lukrowanymi pączkami. Uważam że zestawienie słodkiego smażonego ciasta z lepkim lukrem i jeszcze bardziej lepką i słodką konfiturą to już lekka przesada, ale oczywiście rozumiem tych, którzy uznają tylko takie pączki. Zarówno dla zwolenników lżejszych pączków jak i dla tych, którzy lubią pączki ekstremalne mam dobrą wiadomość: z tego przepisu można zrobić i jedne i drugie :-) Zapraszam!
Jutro przepis na pączki numer II, odrobinę nietypowe w przygotowaniu, ale bardzo ciekawe w smaku. No i będą z lukrem :-)
Składniki ciasta:
3 szklanki mąki (1/2 kg)
4 dag świeżych drożdży lub torebka (7g) suchych
1 szklanka mleka
6 żółtek (jak jajka małe to 8)
1/2 kostki masła
1/2 szklanki cukru pudru
2-3 łyżki spirytusu
u mnie dodatkowo 1 łyżka rumu lub ekstraktu waniliowego
skórka otarta z 1 cytryny
tłuszcz do smażenia: Planta (ok 3 kostki), olej lub smalec, ja smażę zazwyczaj na Plancie i oleju.
marmolada do nadziewania
cukier puder lub lukier do polania

Mleko podgrzewamy. Drożdże rozcieramy z kilkoma łyżkami podgrzanego mleka, wsypujemy łyżkę mąki, lekko mieszamy i odstawiamy do wyrośnięcia. W tym czasie do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy cukier i skórkę. Żółtka lekko rozbijamy widelcem, rozpuszczamy masło. Gdy drożdże urosną wlewamy je do mąki, dodajemy resztę mleka, spirytus, rum, żółtka i wyrabiamy ciasto. Sekret udanych, puchatych pączków tkwi w dobrze wyrobionym cieście. Nie chodzi tu o to, żeby się nad tym ciastem męczyć tracąc resztki sił, ale żeby je porządnie napowietrzać, a to wbrew pozorom nie wymaga aż tyle wysiłku. Można to robić na przykład oglądając film, albo powierzyć zadanie porządnemu robotowi. Gdy ciasto jest gładkie i ładnie odchodzi od ręki dodajemy rozpuszczony tłuszcz i znowu wyrabiamy, aż tłuszcz ładnie się wchłonie. Porządnie wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia niekoniecznie w bardzo ciepłe miejsce. Wystarczy, że pozostawimy je w kuchni. Ciasto, które rośnie sobie powoli, bez pędzenia go na siłę przez stawianie przy kaloryferze czy w lekko nagrzanym piekarniku ma dużo lepszą strukturę i jest smaczniejsze. Rewelacyjne jest na przykład ciasto, które wyrasta przez kilka godzin w lodówce, ale o tym może innym razem, żeby zanadto nie mieszać.
Jeśli więc nie spieszy nam się bardzo pozwólmy ciastu wyrosnąć na spokojnie, w zwykłej pokojowej temperaturze i dajmy mu na to jakieś 1.5 - 2 godziny. Po tym czasie powinno podwoić swoją objętość. Ładnie wyrośnięte ciasto wykładamy na stolnicę. Będzie się nieco lepiło, więc najlepiej zmoczyć ręce w oleju, a stolnicę wysypać mąką. Przystępujemy do formowania pączków. Są dwie szkoły. Jedna każe odrywać niewielkie bryłki ciasta i toczyć je w dłoniach lub na stolnicy w zgrabne kulki. Druga sugeruje rozwałkowanie ciasta i wykrawanie z niego dużą szklanką kółek. Niewątpliwie wykrawanie pozwala na większą kontrolę nad wielkością pączków, ale jest nieco bardziej pracochłonne. Ja oczywiście działam metodą pierwszą. Staram się odrywać podobnej wielkości bryłki ciasta i idzie mi to całkiem sprawnie.
Ukształtowane pączki układamy na wysypanej mąka stolnicy i przykrywamy ściereczką do dalszego wyrośnięcia.
Interesuje Was zapewne, co stało się z nadzieniem. Jeśli chodzi o nadziewanie również są dwie szkoły. Tradycyjna każe nadziewać pączki marmoladą przed smażeniem. Przyznam, że takie pączki wydają mi się smaczniejsze, choć może nieco trudniejsze do zrobienia. Przyznam również szczerze, że nader często korzystam z drugiej metody, która pozwala nadziewać pączki już po usmażeniu przy pomocy dekoratora i długiej cieniutkiej końcówki, którą przebija się pączek. Taka dziurka jest prawie niewidoczna, a metoda zdecydowanie szybsza. Nie ma obawy, nadzienie się przez nią nie wydostaje z powrotem. Tym sposobem można też nadziewać pączki nadzieniem, które nie bardzo nadaje się do smażenia - ajerkoniakiem, bitą śmietaną, lemon curd, kremem itd.
Jeśli jednak chcecie nadziać pączki tradycyjnie marmoladą przed smażeniem (popieram!) robi się to w ten sposób, że oderwaną/wyciętą porcję ciasta lekko rozpłaszczamy w dłoniach, nakładamy porcję marmolady (im sztywniejsza tym lepiej) i robimy z pączka coś w rodzaju sakiewki zbierając brzegi w palcach i porządnie je sklejając, a następnie formując całość w kulkę. Układamy do wyrośnięcia zawsze złączeniem do spodu.
Pączki powinny rosnąć przez około 20-30 minut. Porządnie wyrośnięte, napowietrzone pączki będą swobodnie pływały w tłuszczu dzięki czemu uzyskamy na nich jaśniejszą obwódkę.
Na 5-10 minut przed upłynięciem czasu wyrastania rozgrzewamy tłuszcz. O zasadach dotyczących smażenia pisałam już przy okazji
faworków teraz powtórzę tylko, że tłuszcz należy rozgrzewać stopniowo, powoli, nie może być zbyt gorący, bo pączku nam się spalą. To, czy tłuszcz nadaje się do smażenia sprawdzam wrzucając malutki kawałek ciasta. Kawałek powinien od razu wypłynąć na górę i ładnie się zezłocić. Jeśli nie wypłynie, albo wypłynie dopiero po jakimś czasie oznacza to, że tłuszcz jest niedostatecznie gorący. Jeśli wypłynie bardzo szybko i od razu zacznie brązowieć tłuszcz należy schłodzić.
Wyrośnięte pączki delikatnie wrzucamy do smażenia otrzepując je uprzednio z nadmiaru mąki. W zwykłych domowych rondlach smaży się zazwyczaj 3-4 pączki na raz. Po pierwsze musimy mieć świadomość, że pączki rosną intensywnie w trakcie smażenia i gdy wrzucimy ich za dużo przestaną się mieścić, poza tym wrzucenie na raz większej ilości pączków do tłuszczu obniża jego temperaturę i może powodować, że pączki będą smażyły się zbyt wolno "pijąc" tłuszcz. .Jeśli chodzi o czas smażenia zależy to w dużej mierze od wielkości pączków i używanego garnka, musi to być jednak kilka minut, pączek musi usmażyć się w środku. Ja zwykle rozrywam jednego pączka z pierwszego smażenia i sprawdzam, czy nie jest w środku surowy. Tym sposobem ustalam, ile czasu powinnam smażyć następne. Można też sprawdzać pączki poprzez nakłucie wykałaczką, jeśli jest sucha, w środku nie powinno być surowego ciasta. Usmażone pączki wykładamy na ręczniczki papierowe aby porządnie obciekły z tłuszczu, zostawiamy do ostygnięcia i nadziewamy (o ile nie zrobiliśmy tego przed smażeniem), a następnie posypujemy cukrem pudrem lub lukrujemy.
I jeszcze słówko o wielkości pączków, bo ta bywa zdradziecka. Gdy przystępujemy do formowania pączków róbmy je naprawdę niewielkie już bowiem na stolnicy urosną. Potem wrzucone do tłuszczu urosną jeszcze bardziej. O ile więc nie chcemy wprodukować pączków wielkości poduszki miejmy to na uwadze. Smacznego!