środa, 30 marca 2011

Babka pomarańczowa i SPPB ;-)


Rozpoczynam niniejszym subiektywny przedświąteczny przegląd babek, w skrócie SPPB:-). Będę się starała zamieszczać przepisy na wypieki wilgotne i aromatyczne, bo takie uważam za najsmaczniejsze. Zaczynam od babki mocno pomarańczowej, ale kilka ciekawych ciast czeka już w kolejce, między innymi fantastyczna babka kawowa z ciemną mąka, którą po prostu muszę Wam przedstawić. 
A może Wy chcecie podzielić się ze mną jakimś ciekawym przepisem na babkę? Gorąco zachęcam, proszę o przesyłanie propozycji mailem.
Dzisiejszy przepis pochodzi z książki Ewy Aszkiewicz "Książka kucharska, polskie przepisy". Odrobinę zmieniłam tylko sposób wykonania.



Składniki:

1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka mąki ziemniaczanej
1 kostka masła
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka cukru pudru
4 jajka
2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy 
2 łyżki soku z pomarańczy

Składniki lukru:

1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka wrzącej wody
2 łyżki lekko odsączonej skórki pomarańczowej
u mnie zamiast skórki:
sok pomarańczowy
likier pomarańczowy



Obydwie mąki przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Masło ucieramy z cukrem na puch. Dodajemy pojedynczo żółtka oraz sok pomarańczowy. Dodajemy stopniowo mąkę, ucieramy całą masę mikserem jeszcze przez około 4 minuty. Na końcu dodajemy skórkę pomarańczową i pianę z białek. Mieszamy delikatnie. Wlewamy ciasto do formy wyłożonej papierem albo wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą. Pieczemy przez około 50-60 minut w temperaturze 180°C. Babka powinna się ładnie przyrumienić i odstawać od brzegów formy. Po wyjęciu z piekarnika babkę studzimy jeszcze przez około 10 minut w formie, a później wykładamy. Jeszcze ciepłą polewamy lukrem.
Lukier robimy ucierając wszystkie jego składniki na jednolitą, lejącą się, gęstą masę. 
Smacznego :-)

Uwagi:

- wymyśliłam jeszcze bardziej wilgotny wariant tej babki - dodałam do masy zmiksowaną bez skórki bardzo dojrzałą pomarańczę bezpestkową. Pyszne, ale trzeba piec nieco dłużej, żeby uniknąć zakalca. Najlepiej sprawdzać stopień upieczenia patyczkiem;
- myślę, że ta babka świetnie może smakować z polewą czekoladową,
- zamiast białego cukru można dodać brązowy, babka nabiera wtedy ciekawego, lekko karmelowego smaku.

poniedziałek, 28 marca 2011

Babeczki razowe z jagodami


Przepis pochodzi z książki Gordona Ramseya "Zdrowa Kuchnia". Co prawda autor nie odkrywa w niej Ameryki twierdząc, że powinniśmy jeść więcej ciemnej mąki i warzyw, a mniej tłuszczów zwierzęcych i białej mąki, ale książka jest ładnie wydana. Poza licznymi podobiznami jej świetnie wyglądającego autora zawiera kilka naprawdę ciekawych przepisów. Przykładem ten właśnie, na razowe babeczki. Są naprawdę niezwykle smaczne i długo zachowują świeżość.
Oryginalny przepis mówi o borówkach amerykańskich, w zamrażarce miałam nasze swojskie jagody, więc dałam je zamiast borówek, wydaje mi się że bez szkody, a może i z korzyścią dla wypieku.



Składniki ciasta:

2 bardzo dojrzałe, duże banany
300 g mąki razowej
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
szczypta drobnoziarnistej soli morskiej
100g cukru muscovado lub trzcinowego (u mnie muscovado)
285 ml maślanki
1 duże, lekko roztrzepane jajko
75 g oliwy z oliwek (lub rozpuszczonego masła)
200 g borówek amerykańskich
1 łyżka cukru demerara (do posypania)

Mieszamy w dużej misce mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól, oraz cukier trzcinowy. W środku robimy wgłębienie i wlewamy do niego maślankę, jajko, oliwę z oliwek oraz rozgniecione banany. Mieszamy składniki zwykłą łyżką, niezbyt długo, tylko do ich w miarę dokładnego połączenia.Wsypujemy borówki i mieszamy całość jeszcze dwukrotnie.
Ciasto wykładamy łyżką do foremek i posypujemy cukrem. Foremki powinny być całkowicie wypełnione. Pieczemy przez 20-25 minut w temperaturze 180°C, aż ciasto wyrośnie i zrumieni się na wierzchu. Sprawdzamy patyczkiem, jeśli po wyjęciu z ciasta jest suchy, ciasto jest gotowe.
Babeczki wyciągamy z piekarnika, wyjmujemy z foremek po kilku minutach, studzimy na kratce.

Uwagi:

- wg. Gordona z podanej porcji otrzymamy 12 babeczek, nie został jednak podany ich rozmiar. Ja swoje babeczki piekłam z połowy porcji, w standardowej formie do muffinów (4 cm średnicy dna) i otrzymałam...12 babeczek. Dałam co prawda całe jajko (trudno dać pół), ale wszystkie inne składniki podzieliłam równo.


niedziela, 27 marca 2011

Galaktoboureko


Wiosna, mimo że ma już swój czas w kalendarzu zagląda do nas dosyć nieśmiało. W ogródku widzę niewielkie jej ślady, a do tego pogoda w ten weekend w okolicach Warszawy nie nastraja szczególnie optymistycznie. 
Może więc niezwykle aromatyczne, nasycone słońcem ciasto rodem z Grecji przyniesie Wam nieco ciepła.
Natrafiłam na nie przypadkiem, zaintrygowało mnie, a że miałam wszystkie składniki od razu postanowiłam je upiec. Niezwykła nazwa ciasta zemściła się na mnie, bo zrobiłam je, wyłączyłam komputer, wrócił do domu mój M, pyta co to za ciasto stoi w kuchni, a ja odkrywam, że nie wiem! Za nic w świecie nie mogłam sobie tej nazwy przypomnieć! M myślał pewnie, że to już jakiś ostatni etap szaleństwa blogowego: piekę i nawet nie wiem co :-) Nazwę w końcu odgrzebałam dzięki przeglądarce i teraz już ją pamiętam. Wam też radzę zapamiętać, bo to naprawdę wyjątkowo pyszne ciasto.
Jak zwykle przy tego typu przepisach korzystałam z kilku receptur i wydaje mi się, że wybrałam z nich to co najlepsze. Ciasto z przepyszną, waniliową masą nasączone niezwykle aromatycznym syropem z pomarańczy, cytryn i cynamonu. Poezja. Bardzo polecam.
Korzystałam między innymi z tego przepisu, tego i z tego również.



Składniki masy:

6 jajek
250 g cukru (to dużo, ale w niektórych przepisach jest nawet 400g)
180 g semoliny
1 l tłustego mleka
1 laska wanilii
2 łyżki masła

Składniki ciasta:

około 14 arkuszy ciasta filo (u mnie było to 2/3 opakowania)
200 g roztopionego masła

Składniki syropu:

250 g cukru (dałam niecałe 200)
200 ml wody
sok i skórka z 1 pomarańczy
sok i skórka z 1 cytryny
kawałek kory cynamonu

przepis na blaszkę 24 x 24 cm



Zagotowujemy mleko wraz z rozciętą laską wanilii i cukrem. Do gotujące się mleka wsypujemy stopniowo semolinę i mieszamy do zgęstnienia (postępujemy w identyczny sposób jak przy gotowaniu kaszy manny).
Gdy masa solidnie zgęstnieje dodajemy do niej masło, mieszamy i odstawiamy do ostygnięcia. Do chłodnej masy dodajemy pojedynczo całe jajka i miksujemy całość.
Blaszkę smarujemy oliwą i układamy w niej połowę ciasta filo smarując każdy arkusz z osobna roztopionym masłem. Wykładamy masę, wyrównujemy i układamy pozostałą ilość ciasta, również przesmarowując każdy arkusz roztopionym masłem. Wyrównujemy ciasto na bokach, aby nie odstawało i bardzo ostrym nożem nacinamy górną warstwę (nie krojąc do końca!) w romby albo kwadraty.
Wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy około 45 minut.
W międzyczasie gotujemy wszystkie składniki syropu do momentu, aż masa lekko zgęstnieje.
Po ostudzeniu ciasta polewamy je wystudzonym syropem i podajemy.

Uwaga:

- ciasta nie przechowujemy w lodówce!

 

środa, 23 marca 2011

Karmelowe Chocca Mocca


Czyli Chocca Mocca Caramel cake. Wygląda na zdjęciu jak niepozorny murzynek, ale niech Was to nie zwiedzie, bo zarówno smak jak i konsystencja tego ciasta zupełnie murzynka nie przypominają. Jest idealnie wilgotne, miękkie i jakby lekko ciągnące, w ogóle nie czuć w nim mąki, a smaki karmelu, czekolady i kawy idealnie się równoważą. Boskie!
A do tego niezwykle łatwe i szybkie do zrobienia.
Upiekłam je w sporej blaszce 25 na 30 cm. W oryginale każą je piec w tortownicy 20 cm, wtedy wychodzi dużo wyższe i pewnie jeszcze bardziej wilgotne i ciągnące w środku. Niestety, okropni autorzy książki "101 Cakes&Bakes" z serii BBC Good Food, skąd pochodzi przepis, z uporem godnym lepszej sprawy przy każdym cieście podają kaloryczność jednego kawałka. Za nic w świecie Wam nie powiem, ile napisano przy tym cieście, nie mniej jednak wpadłam w lekką panikę i  postanowiłam upiec je niższe, dzięki czemu jeden kawałek można zjeść zupełnie bezkarnie. A może i dwa?  W każdym razie ja, gdyby nie resztki mojego rozsądku, pożarłabym co najmniej połowę, a zapewniam, że na ciasta jestem teraz dosyć odporna. Poza tym postanowiłam, że następnym razem (bo na pewno taki będzie) upiekę je w tortownicy. Jest tego warte.



Składniki:


2 łyżki kawy rozpuszczalnej
2 łyżki kakao
175 g miękkiego masła
175 g jasnego, drobnego cukru trzcinowego
2 jajka
2 łyżki golden syrup
200g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia 
4 łyżki mleka
2 batony karmelowe po 50 g każdy, połamane na kawałki*


Składniki polewy:


2 batony karmelowe po 50 g każdy, połamane na kawałki*
50 g masła
2 łyżki mleka
100g cukru pudru
*ponieważ z gotowych produktów przemysłu cukierniczego w moim domu bywają tylko czekolady, a nie chciało mi się specjalnie wyprawiać do sklepu po batoniki,  zastąpiłam je gotowym kajmakiem z puszki i niewielka ilością czekolady mlecznej, uznając, że batony karmelowe raczej nie składają się z niczego innego. 






Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 180°C. Mieszamy kawę i kakao z 2 łyżkami wrzątku aż uzyskamy coś w rodzaju pasty. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia. Masło ucieramy z cukrem, dodajemy jajka, golden syrup, masę kawowo-kakaową, mleko i mąkę i miksujemy całość przez około 2-3 minuty. Na końcu dodajemy do masy batony karmelowe. Ja starłam zamiast tego kilka kostek mlecznej czekolady i dodałam około 100 g masy kajmakowej.
Wykładamy ciasto do tortownicy lub blaszki wyłożonej papierem i pieczemy przez około 50-60 minut, aż wierzch pod wpływem nacisku będzie sprężysty. Gotowe ciasto wyciągamy z piekarnika, a następnie po 5 minutach wykładamy z blachy, aby ostygło.
Wszystkie składniki polewy podgrzewamy razem do momentu uzyskania jednolitej, kremowej masy.
Jak już wspominałam nie miałam batoników, tak więc polewa u mnie składa się z podgrzanej masy kajmakowej (ok 100g) i  rozpuszczonych kilku kostek czekolady mlecznej. Nie dodawałam już cukru, bo uznałam, że za równo ciasto jak i polewa i bez niego są wystarczająco słodkie. Nie dawałam też masła. Następnym razem zamierzam zrobić tak samo.


Uwagi:
- golden syrup, to nic innego jak coś w rodzaju syropu z cukru, który konsystencją i kolorem przypomina płynny miód. Można go już kupić w wielu sklepach, szczególnie często bywa w internetowych. Jeśli jednak nie możecie go dostać spróbujcie zrobić go samodzielnie. Przepis można znaleźć w Internecie;
- w oryginalnym przepisie użyto mąki z dodatkiem proszku do pieczenia (self-raising flour);
- dałam do ciasta dwie bardzo czubate łyżki kakao, bo moje kakao, mimo że bardzo ciemne, jest niestety dosyć podłej jakości. Jeśli dacie porządne kakao i normalne jego ilości ciasto będzie miało dużo jaśniejszy, bardziej karmelowy kolor.



sobota, 19 marca 2011

Ciasto miodowo-orzechowe


Bardzo sympatyczna odmiana klasycznego miodownika. Bogatsza i ciekawsza w smaku, bo z orzechami i kawą. Z wszystkich miodowników ten smakuje mi najbardziej. Polecam.







Składniki ciasta:

3,5 szklanki mąki
2 jajka
2 łyżki miękkiego masła
1 łyżeczka sody
2 łyżki miodu
1 szklanka cukru
3 łyżki śmietany

Składniki warstwy orzechowej:

25-30 dag posiekanych orzechów włoskich
3 łyżki miodu
2 łyżki masła
1 łyżka brązowego cukru

Składniki masy:

3/4 litra mleka
3.5 łyżki mąki pszennej
2.5 łyżki mąki ziemniaczanej
3/4 szklanki drobnego cukru
1 jajko
2 żółtka
3 łyżki kawy instant
1 kostka miękkiego masła

Składniki polewy:

1 gorzka czekolada (100g)
1 łyżka masła
1-2 łyżki krupniku lub jakiegoś innego pasującego aromatem alkoholu

przepis na dużą tortownicę (28-30cm) lub średniej wielkości prostokątna blachę





Przygotowanie ciasta:
Składniki warstwy orzechowej przesmażamy razem na patelni.
Wysypujemy na stolnicę mąkę przesianą z sodą, cukier, dodajemy masło, jajka, miód i śmietanę i szybko zagniatamy kulę ciasta. Powinno nam to zająć jakieś 2 minuty. Przygotowujemy średniej wielkości prostokątna blachę, wykładamy ją papierem. Ciasto dzielimy na 3 części i każdą z części wałkujemy do rozmiaru blachy, podsypując w razie potrzeby mąką. Na wierzchu jednej z części rozprowadzamy warstwę orzechową.
Każdy placek pieczemy w temperaturze 180°C przez 10-12 minut. Placki bez warstwy orzechowej nakłuwamy widelcem przed wstawieniem do piekarnika. 

Przygotowanie masy:

Roztrzepujemy jajko i żółtka i mieszamy je ze szklanką mleka, obydwiema mąkami i kawą. Resztę mleka zagotowujemy razem z cukrem, a następnie wlewamy do niego masę i gotujemy na wolnym ogniu do momentu aż lekko zabulgocze i nabierze konsystencji budyniu. Studzimy. Ucieramy masło na puch, dodajemy stopniowo rozmieszany zimny budyń i ucieramy do momentu, aż masy idealnie się połączą.

Przekładanie:
Układamy na tacy/talerzu blat ciasta bez orzechów, wykładamy połowę kremu, przykrywamy blatem z orzechami (orzechami do góry), kładziemy drugą połowę kremu i przykrywamy ostatnim blatem ciasta. Owijamy folią i pozostawiamy na około 2 dni, aby ciasto zwilgotniało. Gotowe rozwijamy z folii i dekorujemy polewą.

Przygotowanie polewy:
Pokruszoną czekoladę rozpuszczamy na parze razem z masłem. Pod koniec dodajemy alkohol, ostudzoną rozprowadzamy na cieście.



piątek, 18 marca 2011

Pomilczmy...



Kochani, dziś międzynarodowy dzień ciszy bloggerów. Dla Japonii. Zobaczcie proszę, jak można pomóc.





czwartek, 17 marca 2011

Sernik londyński


Skoro zrobiłam nowojorski musiałam też zrobić londyński. Taka kolej rzeczy. Zasadnicza różnica pomiędzy tymi sernikami leży w sposobie przygotowania, chociaż przeglądając szereg  przepisów odkryłam, że różnice w ilości jajek, czasie pieczenia, dodatkach i polewach są naprawdę wielkie i czasami trudno z samego spisu składników zorientować się, z którym sernikiem mamy do czynienia. Jedyną chyba stałą różnicą, którą udało mi się wyodrębnić jest to, że sernik londyński na ogół piecze się w kąpieli wodnej. Na ogół...
Do zrobienia tego sernika wykorzystałam znów przepis Nigelli, żeby móc porównać przepisy tego samego autora.
Jeśli chodzi o konsystencję londyński sprawia wrażenie jeszcze bardziej delikatnego niż sernik nowojorski, ale smak mają zbliżony: są niezwykle delikatne, kremowe, rozpływające się. Porównując dwa konkretne przepisy Nigelli, mogę też stwierdzić, że w nowojorskim bardziej wyczuwalna jest nuta cytrynowa, za to londyński jest bardzo mocno waniliowy. Mnie bardziej chyba smakował nowojorski, pewnie z powodu wyraźniejszej nuty cytrynowej. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby do londyńskiego dać odrobinę skórki cytrynowej lub soku, różnica między tymi dwoma sernikami naprawdę nie jest duża. A oto i przepis.



Składniki spodu:

150 ciastek digestive
75 g roztopionego masła

Składniki masy serowej:

600 g tłustego sera*
150 g cukru pudru
3 duże jajka
3 duże żółtka
1 i 1/2 łyżki wanilii
1 i 1/2 łyżki soku cytrynowego

Składniki polewy:

145 ml śmietany
1 łyżka cukru pudru
1/2 łyżeczki wanilii

 przepis na tortownicę 20 cm

* mowa o amerykańskim cream cheese, który ma ponad 30% tłuszczu (np. Philadelphia), w naszych sklepach można  też dostać sery sernikowe powyżej 20% tłuszczu. Dobrze się sprawdzają. 



Mieszamy herbatniki z masłem i powstałym w ten sposób "mokrym piaskiem" wykładamy dno tortownicy, a następnie wkładamy tortownicę do lodówki, aby masa stężała. Ja zwykle pomijam spody we wszystkich sernikach, ale tutaj nieco się obawiałam delikatnej konsystencji sernika i zrobiłam spód. Zamiast jednak użyć gotowych ciastek użyłam kruchych ciastek własnej produkcji.
Do sera dodajemy cukier i dokładnie mieszamy,  następnie dodajemy stopniowo żółtka i jajka, a na końcu ekstrakt waniliowy i sok cytrynowy.
Ciasto pieczemy w kąpieli wodnej, co oznacza że tortownica w piekarniku stoi w większej, wypełnionej gorącą wodą blaszce. Aby uniknąć dostania się wody do ciasta tortownicę bardzo dokładnie oklejamy z zewnątrz folią aluminiową, najlepiej kilkoma jej warstwami. Końcówki folii możemy zawinąć delikatnie za brzeg tortownicy, ten sernik niespecjalnie urośnie, więc nie będzie mu to przeszkadzało.
Gdy tortownica jest już opakowana folią wykładamy do niej masę serową. Do osobnej, szczelnej formy o podobnej wysokości jak tortownica, ale na tyle dużej, żeby mogła w niej spokojnie stanąć wlewamy gorącą wodę mniej więcej do połowy jej wysokości. Nie powinno się wlewać więcej wody, aby nie ryzykować poparzenia przy przenoszeniu, bowiem taki właśnie zestaw: tortownica stojąca w większej, wypełnionej częściowo wrzącą wodą  blasze musimy w końcowym etapie delikatnie wstawić do piekarnika.
Jeśli boicie się przenoszenia takiego zestawu jak sugeruje Nigella ( i słusznie!) możecie spróbować wlać wodę do formy już stojącej w piekarniku. Sernik pieczemy przez około 50 minut w temperaturze 180°C, a następnie wyciągamy, pokrywamy delikatnie wierzch polewą i pieczemy jeszcze przez 10 minut. 
Polewę robimy mieszając (nie ubijając) wszystkie jej składniki.
Nigella sugeruje, aby polewę położyć na serniku jak tylko dojdziemy do wniosku, że jego powierzchnia jest na tyle sztywna, że polewa będzie mogła na niej uleżeć. Ja swoją wylałam już po 40 minutach pieczenia się sernika, uważam, że dłuższe czekanie nie byłoby wskazane, sernik mógłby wyjść za suchy. 
Ciasto po upieczeniu studzimy, a gdy jest całkiem zimne chłodzimy przez co najmniej 4-5 godzin przed podaniem. Kroimy najlepiej nożem maczanym w gorącej wodzie.

Uwagi:

- początkowo miałam tego nie pisać, żeby nie mącić Wam w głowach, ale napiszę, bo uważam to za duże ułatwienie. Często serniki w kąpieli wodnej piekę jeszcze inaczej: po prostu wstawiam sporą blachę z gorącą wodą na dno piekarnika. Co prawda tortownica nie ma wtedy bezpośredniego kontaktu z wodą, ale uważam, że nie ma to wielkiego wpływu na konsystencję ciasta, a jest to metoda bezpieczniejsza i pozbawiona ryzyka przedostania się wody do masy serowej;
- niewtajemniczonych w tajniki przygotowywania serników amerykańskich jak zwykle zachęcam do przeczytania krótkiego ABC.




poniedziałek, 14 marca 2011

Babeczki czekoladowe


Czyli typowe amerykańskie cupcakes. Broniłam się dotychczas przed robieniem tego rodzaju wypieków, bo kojarzyły mi się one z bogato (i często sztucznie) udekorowanymi słodkościami dla dzieciaków. Dopiero niedawno przyjrzałam się dokładniej przepisom i odkryłam, że cupcakes bywają różne i potrafią być świetną alternatywą ciasta z kremem również dla dorosłych.
No właśnie, cupcakes powstały jako łatwiejsza i bardziej poręczna alternatywa ciast, na ogół występują z polewami lub kremem. Nie należy mylić ich z muffinami, które mimo podobnego kształtu są raczej ciastkami śniadaniowymi, często mało słodkimi i rzadko zdobionymi. Mają też inną recepturę. Cucpcakes wymagają zazwyczaj większego zaangażowania, są lekkie i puszyste. Muffiny robi się łatwo i szybko, ale mają zupełnie inną, cięższą i bardziej gliniastą strukturę.
Mój dzisiejszy przepis zapożyczyłam od Marthy Stewart. Babeczki są puchate, mocno czekoladowe. W oryginale autorka przewidziała do ich ozdobienia krem z masła i cukru. Ponieważ nie lubię tłustych i ciężkich kremów użyłam mojego kremu na bazie białej czekolady.
Oryginalny przepis możecie znaleźć tu.
Nazwa cupcakes wzięła się podobno od kształtu babeczki, która przypomina małą filiżankę do herbaty (teacup). Ja mam wrażenie, że nazwa wzięła się od przepisu, bowiem wszystkie ilości, włącznie z masłem (!) podane są w cups, czyli czymś w rodzaju filiżanek. W każdym razie mowa o naczyniu o pojemności około 240 ml. Ponieważ nasza standardowa szklanka ma 250 ml zdecydowałam się na podanie składników w szklankach, odrobinę tylko zwiększając ilość proszku do pieczenia. Zapewniam, że odbywa się to bez szkody dla całego przepisu.



Składniki ciasta (wg. M. Stewart):

3/4 szklanki dobrej jakości niesłodzonego kakao
3/4 szklanki mąki pszennej
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
3/4 szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru (dałam mniej - D.)
3 duże jajka
1/2 szklanki śmietany
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Składniki kremu (wg. Dagi:-))

1 tabliczka białej czekolady
200 ml mocno schłodzonej śmietanki 36%
2 łyżki cukru pudru



Przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao. Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, nie przerywając ucierania dodajemy pojedynczo jajka, ekstrakt waniliowy, a następnie niewielkimi porcjami mąkę (z kakao i proszkiem) na przemian ze śmietaną. Zaczynamy i kończymy na mące.
Nakładamy ciasto do babeczek mniej więcej do 3/4 ich wysokości i pieczemy przez około 20-25 minut w temperaturze 180°C. Studzimy na kratce.
Zagotowujemy niewielką ilość wody w garnku i zmniejszamy gaz/moc płyty kuchennej do minimum. W drugi garnek lub metalową miskę wkładamy pokruszoną tabliczkę czekolady, ustawiamy na garnku z wrzącą wodą w taki sposób, aby dno garnka/miski nie dotykało powierzchni wody i czekamy, aż czekolada się rozpuści. Mieszamy ją od czasu do czasu, aby nie przylegała do ścianek. Po rozpuszczeniu odstawiamy do ostudzenia. W tym czasie ubijamy na wysokich obrotach mocno schłodzoną śmietankę, aż będzie całkowicie sztywna (miska powinna dać się odwrócić do góry nogami). Nie wolno przegapić tego momentu, śmietana ubijana zbyt długo zamieni się w masło.
Gdy czekolada jest zimna dodajemy do niej stopniowo śmietanę i mieszamy całość delikatnie. 
Gotową masą ozdabiamy babeczki wedle własnego uznania. Wierzch możemy dodatkowo ozdobić posypką cukierniczą, drobnymi owocami.

Uwagi:

-naprawdę to nie ja wymyśliłam, żeby masło podawać w cups... Moim zdaniem chodzi o ciut mniej niż pół naszej standardowej kostki, która ma 200g;
Korekta pod wpływem komentarza czytelniczki zza oceanu: "Czytając etykietę na moim maśle to 1 cup masła = 227 g"
- krem będzie się lepiej rozprowadzał na babeczkach, jeśli schłodzimy go przez około godzinę.


piątek, 11 marca 2011

Pierekaczewnik


Oryginalna nazwa, prawda? Pierekaczewnik wpadł mi w oko już dawno temu w jakimś artykule i od tamtego czasu chodził mi po głowie. To jedna z tych potraw, której smaku nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała ją zrobić.
Wypiek wywodzi się z kuchni tatarskiej. Nazwa pochodzi ponoć z języka rosyjskiego, gdzie "pierekatywat" znaczy wałkować, ale znalazłam też informację, że może mieć związek z białoruskim określeniem przekładańca. Obydwie definicje pasują, bowiem pierekaczewnik to nic innego, jak kilka warstw zwiniętego w ślimak cieniutko rozwałkowanego i obficie potraktowanego masłem ciasta, w którego wnętrzach kryje się nadzienie, zazwyczaj mięsne, z wołowiny, baraniny lub indyka. Rodzajów mięsa się nie miesza. Wykluczona jest wieprzowina. Trafiłam też na wzmianki o nadzieniu z grzybów oraz z sera na słodko (z rodzynkami) i na słono, a także z owoców. 
Tradycyjny pierekaczewnik musi być wielki i ciężki. Robi się go z kilograma mąki, z nadzieniem z kilograma mięsa, a do przekładania wykorzystuje się 75 dag masła. Wydawało mi się tego cokolwiek za dużo jak na eksperyment kulinarny, więc zmniejszyłam przepis o ponad połowę. 
Także z powodu niewielkich rozmiarów ciasta nie zdecydowałam się na nadzianie go surowym mięsem, tylko wcześniej je poddusiłam. W przepisie jest co prawda zastrzeżenie, że mięso powinno być młode, ale ja nie potrafię tak łatwo tego określić więc bałam się, że wierzchnie warstwy całkowicie się spalą, a wołowina w środku pozostanie twarda jak kamień. 
Udało mi się znaleźć przepis na pierekaczewnik z mięsem (dosyć zresztą ogólny), ale nie udało mi się znaleźć przepisu na pierekaczewnik z serem na słono, puściłam więc tutaj wodze własnej fantazji.
Muszę przyznać, że wyjątkowo smakowała mi właśnie wersja bezmięsna. Nie zrażajcie się jednak do tej z mięsem, ja po prostu za mięsem nie przepadam, przez ładnych parę lat w ogóle go nie jadłam, więc niekoniecznie musi wzbudzać moje zachwyty.
Na koniec ciekawostka: pierekaczewnik jako jedyna chyba potrawa tatarska ma certyfikat unijny. Został on przyznany jednemu z gospodarstw agroturystycznych, zastrzegają sobie oni tym samym wyłączne prawo do sprzedawania ciasta pod tą nazwą.
W razie czego więc wyjaśniam więc, że mój pierekaczewnik nie jest na sprzedaż. Pomijając kwestie prawne i rozbieżności w przepisach jest po prostu zbyt smaczny, żeby się go pozbywać z domu :-)
Oryginalny przepis z którego korzystałam znajdziecie tutaj.  


Składniki ciasta:

40dag przesianej mąki tortowej
2 żółtka
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka oleju
ok. 200-250 ml wody

Składniki nadzienia mięsnego:

1/2 kg drobno pokrojonego mięsa wołowego
1 duża cebula pokrojona w piórka
sól, pieprz do smaku


Składniki nadzienia serowego (jeśli wolimy wersję bezmięsną):

ok. 40 dag rozgniecionego widelcem sera twarogowego
sól, pieprz do smaku
1 duża cebula uduszona na maśle
ulubione zioła do smaku, świetnie pasowałaby mięta, ale u mnie akurat odrobina kminku


dodatkowo, bez względu na wybrane nadzienie:

ok. 250 g rozpuszczonego masła


ilość ciasta pozwala zrobić pierekaczewnik w tortownicy o średnicy 20 cm




Z mąki, soli, oleju, żółtek i wody zagniatamy ciasto. Nie wlewamy od razu całej wody, jej ostateczna ilość zależy od konsystencji ciasta, które powinno przypominać nasze ciasto na makaron. Po dokładnym wyrobieniu dzielimy ciasto na 3 części, a następnie każdą z nich bardzo cieniutko rozwałkowujemy pilnując, aby nie popękało. Ciasto jest dosyć elastyczne i łatwo poddaje tym zabiegom. Na koniec wałkowania jeszcze raz, już przy pomocy rąk, rozciągamy je jak najcieniej. Każdy z placków smarujemy obficie roztopionym masłem i układamy je równo jeden na drugim. Na ostatnim placku układamy farsz na całej jego powierzchni, zawijamy wszystko w rulon, a następnie powstałą w ten sposób roladę zwijamy w coś na kształt ślimaka i umieszczamy w wysmarowanym masłem okrągłym naczyniu. Całość jeszcze raz smarujemy masłem z wierzchu i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na około 60-80 minut. W oryginalnych rozmiarach i w piecu pierekaczewnik piecze się przez około 2 godziny. Jeśli wierzchnie warstwy będą się zanadto przypalać warto je przykryć. Ja swój pierekaczewnik sprawdziłam przy pomocy patyczka. Uznałam, ze skoro wchodzi on idealnie w ciasto znaczy to, że jest gotowe.

Uwagi:
- jeśli zdecydujecie się upiec ciasto w tortownicy warto podłożyć pod nią jakąś blaszkę. U mnie z jednej z nich w trakcie pieczenia wyciekało masło;
- są też przepisy, w których zwija się 6 warstw ciasta, myślę, że świetnie się to sprawdza przy pierekaczewnikach we właściwym, dużym rozmiarze.



















środa, 9 marca 2011

Bułeczki miodowo-pomarańczowe


Przy okazji przepisu na greckie pączki miodowe wspomniałam, że zainspirowały mnie one do stworzenia czegoś naprawdę pysznego. To właśnie te bułeczki. Delikatne, niesłodkie, o lekkim aromacie pomarańczowo-miodowym. Doskonałe na śniadanie z masłem i miodem, ale można je też zjeść po prostu ze szklanką mleka czy kakao.


Składniki ciasta:

50 dag mąki 
1/2 szklanki mleka
1/2 łyżeczki soli
7g suszonych drożdży
skórka otarta i sok z jednej pomarańczy
2 łyżki miodu
2 łyżki oliwy

na wierzch:
białko jajka
sezam
cynamon



Przesiewamy mąkę, mieszamy dokładnie z suszonymi drożdżami, solą i skórką pomarańczową, a następnie dodajemy sok pomarańczowy, lekko podgrzane mleko z rozpuszczonym w nim miodem i zagniatamy ciasto. Pod koniec zagniatania dodajemy oliwę i jeszcze raz zagniatamy całość. Ciasto ma być sprężyste, gładkie i ładnie odchodzić od ręki.
Odstawiamy w ciepłym miejscu pod przykryciem, do wyrośnięcia. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.
Gdy jest wyrośnięte delikatnie je odgazowujemy, odrywamy kawałki wielkości mandarynki i obracając je w dłoniach formujemy na kształt piłeczek. Odkładamy na wyłożoną papierem do pieczenia blachę w odstępach  ok. 4 cm, przykrywamy ściereczką i zostawiamy do ponownego wyrośnięcia jeszcze na około 15-20 minut.
Bułeczki tuż przed wstawieniem do piekarnika smarujemy białkiem, posypujemy sezamem, cynamonem i wkładamy do nagrzanego do 190°C piekarnika. Pieczemy przez około 25 minut.

niedziela, 6 marca 2011

Sernik nowojorski


Nie wiem jak to się stało, że w moich zbiorach sernikowych nie było dotąd klasyka, jeśli chodzi serniki amerykańskie czyli sernika nowojorskiego. Niezwykle delikatny, niezwykle kremowy sernik, o dyskretnym aromacie cytrynowo-waniliowym, posypany cukrem pudrem. Często podaje się go w towarzystwie owoców. U mnie z żurawinami, które są ostatnio moim ulubionym dodatkiem do deserów.
Przepisów na sernik nowojorski jest mnóstwo, ja przedstawiam dziś przepis Nigelli. Odrobinę nietypowy jak na ten rodzaj ciasta, bo Nigella każe do niego ubijać białka, ale zapewniam, że warto. Polecam.


Składniki ciasta:

750 g serka kremowego*
6 dużych jajek
2 łyżki mąki kukurydzianej
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
150 ml śmietanki kremowej**
150 ml śmietany
225 g cukru pudru
1/2 łyżeczki soli (ominęłam)
skórka z jednej cytryny
cukier puder do posypania
maliny albo jeżyny do dekoracji

Spód: (który ja jak zwykle starannie ominęłam)

250 g ciasteczek digestive
150 g masła
3 łyżki cukru pudru

przepis na tortownicę 24 cm

* mowa o amerykańskim cream cheese, który ma ponad 30% tłuszczu, ja użyłam sera Piątnicy, ok. 15% tłuszczu.
** mowa o double cream, czyli śmietanie, która ma ponad 4o% tluszczu, ja użyłam śmietanki 36%.



Ciasteczka kruszymy niemal na piasek, dodajemy do nich stopione masło, cukier, dokładnie mieszamy i rozprowadzamy na wyłożonym uprzednio papierem dnie formy.  Rozgrzewamy piekarnik do 170°C. Mieszamy mąkę kukurydzianą z cukrem, dodajemy ser, żółtka jajek, wanilię. Nie przerywając mieszania wlewamy stopniowo obydwie śmietany, dodajemy sól, skórkę z cytryny i na końcu delikatnie mieszamy z ubitą pianą z białek. Przekładamy do tortownicy i pieczemy przez około 1-1.5 godziny, nie otwierając piekarnika przez pierwsze pół godziny. Mój sernik piekł się niespełna godzinę. Jeśli będziemy piekli ciasto zbyt długo popęka i zamiast delikatnej struktury stanie się nieco gliniaste. Nigella uważa, że pieczenie należy zakończyć, jak wierzch ciasta zrobi się złotobrązowy. Moim zdaniem to za bardzo zależy od możliwości piekarnika, więc wolę stosować inną metodę: wyłączam piekarnik jak środek sernika jeszcze nie do końca jest ścięty. 
Sernika nie wyciągamy z piekarnika od razu po upieczeniu, czekamy aż w nim ostygnie. Po dwóch godzinach od wyłączenia piekarnika uchylamy drzwiczki i zostawiamy sernik jeszcze na godzinę, tak więc w sumie wyciągamy go dopiero po 3 godzinach od momentu zakończenia pieczenia.
Podajemy schłodzony. Jak każdy sernik najlepiej zrobić go dzień przed podaniem.
Pyszny :-)

Uwagi:

- osoby mniej doświadczone w pieczeniu serników tego typu gorąco zachęcam do przeczytania mojego ABC serników amerykańskich;
- jak już wspomniałam zrobiłam ten sernik bez żadnego spodu, moim zdaniem świetnie się to sprawdza.

piątek, 4 marca 2011

Rurki z kremem


Słodka i krucha propozycja na ostatnie dni karnawału dla tych, którzy nie przepadają za pączkami i faworkami, a chcieliby zjeść coś naprawdę pysznego. 
Rurki z kruchego ciasta nadziane niezwykle lekkim kremem waniliowym na bazie bitej śmietany. Bardzo polecam :-)



Składniki ciasta:

1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanka mąki krupczatki
1/2 szklanki cukru pudru
1 kostka masła
3 żółtka
1 jajko

Składniki kremu:

1/2 litra mleka
2 czubate łyżki mąki pszennej
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
3/4 szklanki drobnego cukru
1/2 laski wanilii
1 jajko
2 żółtka
250 ml śmietany kremówki 36%



Mąkę mieszamy z cukrem, siekamy ją z mocno schłodzonym masłem, dodajemy jajko i żółtka i szybko zagniatamy ciasto, które wkładamy do lodówki na godzinę. 
Foremki do rurek delikatnie natłuszczamy masłem. Rozwałkowujemy ciasto na  placek grubości około 2 mm, radełkiem lub nożem kroimy na paski szerokości około 1-1.5 cm, a następnie owijamy  paskami rurki. Zaczynamy od cieńszego końca i owijamy rurkę dokoła paskiem ciasta w ten sposób, aby ciasto delikatnie nachodziło na siebie. Mniej więcej na 2-3 mm. Dobrze przyklejamy koniec i odkładamy rurkę na wyłożoną papierem  do pieczenia największą blachę z piekarnika.  Musimy uważać, aby paski ciasta nie przekraczały końcówek rurek, bo trudno będzie ściągnąć rurkę po upieczeniu. Ciasto nie rośnie, więc można to wymierzyć naprawdę precyzyjnie.
Rurki wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy przez około 15-20 minut, do zezłocenia. Zdejmujemy gdy lekko ostygną. Aby rurek nie uszkodzić najlepiej stuknąć lekko  nożem w foremkę od jej szerszej strony, rurka zsunie się sama.

Połowę mleka mieszamy z mąką i jajkami (jajek nie ubijamy!). Drugą połowę wraz z cukrem i przekrojoną wzdłuż połową laski wanilii zagotowujemy. Gdy mleko jest gorące wlewamy do niego masę mączno-jajeczną i nie przerywając mieszania zagotowujemy całość. Masa powinna mocno zgęstnieć, jak budyń. Wyjmujemy laskę wanilii, odstawiamy do ostygnięcia. Mocno schłodzoną śmietanę ubijamy na sztywno.  Zimną masę budyniową rozcieramy mikserem aby pozbawić jej jakichkolwiek powstałych w czasie stygnięcia grudek ,a następnie łączymy stopniowo z bitą śmietaną mieszając delikatnie.
Napełniamy kremem szprycę do dekoracji i nadziewamy rurki wstrzykując krem z obydwóch stron. Posypujemy cukrem pudrem, podajemy. Rurki bardzo dobre są w dniu zrobienia, następnego dnia nieco wilgotnieją od kremu, ale niewiele tracą na smaku. Suche rurki, bez nadzienia, świetnie się przechowują nawet przez kilka dni, więc można je zrobić z dużym wyprzedzeniem. Smacznego :-)




środa, 2 marca 2011

Greckie pączki miodowe


Bardzo lubię kuchnię grecką, gdy więc trafiłam na ten przepis po prostu nie mogłam go nie wykorzystać. Tym bardziej, że zawiera cynamon..;-)
To moja kolejna propozycja na kończący się karnawał. Grecy co prawda nie mają w zwyczaju świętowania Tłustego Czwartku słodkimi smażonymi wypiekami, zajadają się tego dnia różnymi rodzajami mięsiwa, ale co nam szkodzi spróbować tych pączków właśnie teraz?
Sposób przygotowania jest bardzo podobny jak w przypadku pączków polskich, z tym że ciasto jest dużo lżejsze, bo bez jajek i masła. Pączki mają wygląd zbliżony do naszych racuszków, ale nie pokrywamy ich cukrem, tylko polewamy płynnym miodem i posypujemy sezamem z cynamonem. Bez polewy nie są szczególnie porywające w smaku, ale polane miodem i potraktowane posypką nabierają niezwykłego wyrazu. Bardzo smaczne.
Przepis z marcowego wydanie "Mojego Gotowania".
Przyznam się też, że ciasto na greckie pączki zainspirowało mnie do stworzenia czegoś naprawdę pysznego, ale o tym napiszę później :-)



Składniki:

50 dag mąki
1 łyżeczka soli
1.5 dag suszonych drożdży
skórka otarta i sok z jednej pomarańczy
1 łyżka miodu


1-1.5 l oleju do smażenia
płynny miód do polania
cynamon, sezam i mielone orzechy włoskie do posypania

Mąkę mieszamy z solą, drożdżami i skórką pomarańczy. Dodajemy 2 szklanki ciepłej wody, mieszamy i zaczynamy wyrabiać ciasto. Po chwili dodajemy sok z pomarańczy, miód i kontynuujemy wyrabianie. Gotowe ciasto powinno być w miarę sprężyste, jednolite i lekko płynne. Przykrywamy je ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na około 30 minut. U mnie ten czas był dużo dłuższy, około godziny, uznałam bowiem, że ciasto powinno porządnie wyrosnąć.
W garnku lub we frytownicy rozgrzewamy olej i nakładamy łyżką niewielkie porcje ciasta. ja pomagałam sobie dwiema łyżkami, ciasto jest dosyć lepiące. Smażymy z obu stron, aż nabiorą złotobrązowego koloru. Gotowe odsączamy na papierowym ręczniczku. Jeszcze gorące polewamy miodem, posypujemy sezamem i orzechami, a na końcu cynamonem.

Uwagi:

- moim zdaniem pączkom dobrze zrobi dodanie do ciasta 2-3 łyżek oliwy, będzie miało lepszą konsystencję;
- dodałam do ciasta łyżkę cukru.

wtorek, 1 marca 2011

O wanilii i wanilinie


Osoby które wiedzą jaka jest różnica pomiędzy wanilią prawdziwą a syntetyczną mogą spokojnie zrezygnować z czytania poniższego tekstu. Zamiast tego proponuję, aby poszły do swojej kuchni, otworzyły buteleczkę z ekstraktem waniliowym, przymknęły oczy i delektowały się przez parę chwil cudownym, ciepłym i łagodnym zapachem prawdziwej wanilii. To od razu polepszy ich nastrój.
Nie śmiejcie się, czasami naprawdę tak robię.
Osoby które nie wiedzą o co chodzi, albo co gorsza, wpadły na pomysł, żeby pójść do kuchni i delektować się zapachem cukru wanilinowego gorąco proszę o przeczytanie tego co poniżej. Nie będą żałowały.

Do napisania paru słów na temat wanilii skłoniły mnie po pierwsze pytania, o co mi chodzi z tym ekstraktem waniliowym w przepisach i czy to jest to samo, co dostępny w każdym sklepie zapach/olejek waniliowy (nie,  to nie jest to samo!). Po drugie skłoniła mnie rozmowa ze znajomymi, którym dałam do powąchania domowy ekstrakt waniliowy. Bardzo im się podobał zapach, zadziwił ich tylko ciemny, niezwykle nasycony kolor, byli bowiem przekonani, że wanilia jest ...biała.
Na moje z kolei zadziwienie odparli, że "przecież cukier waniliowy jest biały".
Uświadomili mi tym samym, że osoby nie do końca zorientowane w tajnikach kulinarnych mogą nie wiedzieć, co to jest prawdziwa wanilia, jaka jest różnica pomiędzy cukrem waniliowym, a powszechnie dostępnym cukrem wanilinowym i jaki to ma wpływ na smak. Ale zacznijmy może od początku.



Wanilia to pnącze z rodziny storczykowatych, najczęściej spotykane w Ameryce Środkowej i Południowej. Jego podłużne torebki nasienne w wyniku procesu suszenia nabierają ciemnobrązowej barwy. W sklepie możemy kupić suszoną laskę wanilii, cukier z prawdziwą wanilią oraz ekstrakt waniliowy, chociaż ten ostatni jest w Polsce w dalszym ciągu trudniej dostępny. Wszystkie te produkty nie należą niestety do najtańszych.

O tym jednak za chwilę, bowiem chciałam jeszcze opowiedzieć o cukrze wanilinowym. No właśnie, przeczytajcie jeszcze raz, uważnie, literka po literce. Jeśli nie w tekście, to na poniższym zdjęciu.


To co możecie kupić w każdym sklepie to nie jest, wbrew powszechnemu mniemaniu, cukier waniliowy, tylko cukier aromatyzowany sztucznie wytworzoną waniliną. Podobnie rzecz wygląda z tzw. olejkiem, czy też aromatem wanilinowym.
Wanilina to co prawda związek organiczny, substancja odpowiedzialna w wanilii za smak i zapach, ale dla potrzeb przemysłu spożywczego, ze względu na koszty, wytwarza się ją tylko i wyłącznie syntetycznie. Tak więc to co kupujemy jako cukier lub olejek "waniliowy" z prawdziwą wanilią ma niestety niewiele wspólnego.
 Oczywiście sztucznie wytworzona wanilina nie jest trująca. Ona ma po prostu zupełnie inny, ostry i natarczywy zapach. Zróbcie eksperyment i powąchajcie laskę wanilii i cukier wanilinowy. Różnica jest ogromna. Dla mnie to trochę tak, jakby porównywać talerz porcelanowy z plastikowym ;-)  Jeden i drugi bywa przydatny, ale ten pierwszy absolutnie wygrywa jeśli chodzi o jakość, trwałość i klasę.
Mogę godzinami wwąchiwać się w prawdziwą wanilię, a wystarczy 10 sekund w taksówce z tzw choinką zapachową o "aromacie wanilii" żebym dostała bólu głowy.

 Jak już wspomniałam prawdziwa wanilia jest dosyć droga. Laska w zwykłym spożywczym sklepie kosztuje około 10 pln. Buteleczka ekstraktu kosztuje około 30 zł. To sporo, ale na szczęście są sklepy internetowe, gdzie można kupić świetną wanilię z Madagaskaru już za 3 zł za laskę. Są także domowe sposoby na uzyskanie świetnych przypraw z wanilii. Zapewniam Was, że jak raz ich spróbujecie pozostaniecie im wierni.

Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć mój domowy ekstrakt waniliowy. Bardzo łatwo go zrobić. Wystarczy kilka przeciętych lasek wanilii zalać czystą wódką (nie spirytusem!), szczelnie zamknąć i odstawić na około 3 miesiące. Co jakiś czas potrząsamy butelką. Płyn z każdym dniem będzie ciemniejszy, aż w końcu nabierze ciemnobrązowej, niemalże czarnej barwy. Jest bardzo wydajny. Wystarczy łyżka lub łyżeczka ekstraktu, aby zaromatyzować całe ciasto. Ponieważ dużo piekę robię ekstrakt w butelkach półlitrowych, do których wrzucam 6-8 lasek wanilii. Dla potrzeb zwykłego pieczenia spokojnie wystarczy 250 ml i 3-4 laski.
Fantastyczną przyprawę aromatyczną można uzyskać wrzucając kilka lasek wanilii do whisky lub rumu. Ja szczególnie lubię używać jej do aromatyzowania kremów.

Inną bardzo łatwą do zrobienia przyprawą z prawdziwą wanilią jest domowy cukier waniliowy.
Wystarczy szczelnie zamykany słoiczek, drobny cukier lub cukier puder i kilka przeciętych  wzdłuż lasek wanilii. Mieszamy wszystko razem i zamykamy na kilka tygodni. Co parę dni potrząsamy. Cukier pięknie wchłonie aromat wanilii. Ja zwykle na około 250 g cukru daję 3-4 laski wanilii. 
Laska wanilii, która zaromatyzowała cukier prawie wcale nie traci na swojej sile i świetnie nadaje się później do aromatyzowania mleka, śmietanki i innych płynów w procesie bezpośredniego przygotowywania ciast i deserów.
Jak widzicie uzyskanie domowych przypraw z prawdziwej wanilii nie jest specjalnie trudną sztuką. Mam nadzieję, że Was do tego przekonałam.
 
Zdjęcia torebek cukru wanilinowego pochodzą ze stron leclerc.com.pl i supersam24.pl
Informacje na temat wanilii i waniliny pochodzą z Encyklopedii PWN

 
Design by Ciey based on Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes