czwartek, 28 lipca 2011

Letnie ciasto owocowe


To ciasto ma właściwie same zalety. Jest bardzo lekkie, tanie, nie zawiera tłuszczu, niezwykle łatwo je zrobić, a jego smak to kwintesencja lata. Nawet jeśli nie rozpieszcza nas ono pogodą;-) To także świetna okazja, żeby "przemycić" w nim owoce, które same niechętnie są zjadane. W moim cieście na przykład między innymi znajdują się porzeczki we wszystkich 3 kolorach. Nie przepadamy za tymi owocami na surowo, tymczasem w towarzystwie ciasta i reszty owoców smakują po prostu bosko.
Zanim jednak przejdę do przepisu chcę podziękować MaggieAdze, Ewam i Kulinarnym smakom za aż poczwórne wyróżnienie nagrodą One Lovely Blog Award. Bardzo dziękuję dziewczyny i przepraszam wszystkich, że na mnie zabawa się urywa. Mam wrażenie, że przetoczyła się przez prawie wszystkie blogi, więc chyba już za późno na jej kontynuację. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo mnie ta nagroda cieszy. Jeszcze raz wielkie dzięki! 



Składniki ciasta:

4 jajka
4 czubate łyżki cukru pudru
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka ekstraktu waniliowego lub cukru z prawdziwą wanilią

Składniki nadzienia:

1/2 litra świeżych owoców w minimum 4 rodzajach. Idealnie nadają się maliny, porzeczki, jagody, drobno pokrojone brzoskwinie, winogrona (bez pestek), morele. 
3 różne galaretki owocowe
1 litr wody



Całe jajka ubijamy z cukrem aż masa kilkakrotnie zwiększy swoją objętość i stanie się prawie biała i sprężysta. Zwykłym mikserem zajmuje to około 10 minut. Do tak przygotowanej masy dosypujemy stopniowo, po łyżce przesiane razem obydwie mąki i już bez miksera delikatnie mieszamy. Po wmieszaniu całej mąki dodajemy wanilię, mieszamy jeszcze raz i wylewamy ciasto do tortownicy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C i pieczemy przez około 30 minut. Gotowe ciasto powinno być lekko rumiane, sprężyste, a wsadzony w nie patyczek powinien być suchy po wyjęciu. Biszkopt odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. Dopiero wtedy zdejmujemy obręcz z tortownicy i przekładamy ciasto na talerz i zdejmujemy z ciasta papier. 
Dno tortownicy wykładamy folią spożywczą, z powrotem zapinamy obręcz i wkładamy ciasto w taki sposób, aby jasna, pozbawiona papieru strona była na górze.
Zagotowujemy litr wody, a następnie dodajemy do niego 3 galaretki i dokładnie mieszamy. Gdy galaretka nieco ostygnie wrzucamy do niej starannie umyte ( i ewentualnie pokrojone) owoce. Odstawiamy w chłodne miejsce. Gdy galaretka zacznie gęstnieć wykładamy ją razem z owocami na ciasto i odstawiamy całość do lodówki do ostatecznego stężenia. Możemy kroić od razu, jak tylko galaretka stężeje.



Uwagi:

- ciasto przygotowanie w powyższy sposób będzie malowniczo pofalowane na górze. Jeśli chcecie, żeby było idealnie gładkie trzeba zostawić nieco galaretki bez owoców, lekko ją podgrzać i wylać na wierzch warstwy galaretkowo-owocowej;
- to ciasto naprawdę jest tym lepsze, im więcej różnych owoców się w nim znajduje.

niedziela, 24 lipca 2011

Tarta z porzeczkami i białą czekoladą


Pisałam już kiedyś, że odwiedzając targ nie potrafię powstrzymać szaleństwa zakupowego i zawsze kupię czegoś za dużo. Tym razem padło na porzeczki, które patrzyły na mnie zachęcająco ze wszystkich straganów. Cóż zrobić, musiałam kupić, a potem wymyślić z nich coś pysznego. Inspiracją była tartaletki malinowe z białą czekoladą autorstwa Nigelli z "How to be a Domestic Goddess". Tarta według oryginalnego przepisu jest bardzo smaczna, ale jakaś taka grzeczna i przewidywalna. Mocno kwaśne porzeczki czerwone dodają jej charakteru i przyznam, że w tej wersji smakuje mi o wiele bardziej.



Składniki ciasta:

175 g mąki pszennej
30 g dobrego kakao
50 g cukru pudru
1/4 łyżeczki soli
125 g masła
1 duże żółtko
1 łyżka bardzo zimnej wody

Składniki nadzienia:

50 g białej czekolady (dałam 100g)
250 g mascarpone*
100 ml double cream**
1 opakowanie porzeczek ( mam na myśli to małe pudełeczko, w których zazwyczaj sprzedawane są maliny, porzeczki agrest itp)

* dokonałam zamiany na śmietanke 36%. W porównaniu do mascarpone, które ma 82% tłuszczu jest ona wręcz produktem light;-)
** mowa o niedostępnej w Polsce śmietanie o zawartości tłuszczu 45%, którą również zamieniłam j.w.


Przepis na formę do tarty ok. 27 cm


Mieszamy mąkę, kakao, cukier i sól, dodajemy masło pokrojone na małe kawałki, siekamy drobno z mąką z dodatkami, dodajemy żółtko, wodę i zagniatamy szybko ciasto. Rozwałkowujemy je na rozmiar formy do tarty, wykładamy nim dno i boki, a następnie chowamy całość do lodówki na przynajmniej 30 minut.
Po upływie tego czasu nagrzewamy piekarnik do temperatury 180°C i pieczemy spód przez około 20 minut.
Po upieczeniu studzimy go i robimy nadzienie.
Śmietanę ubijamy na sztywno, dodajemy do niej rozpuszczoną, lekko przestudzoną białą czekoladę, mieszamy całość delikatnie i wylewamy na zimny spód. W wersji z mascarpone robimy podobnie, tyle że śmietankę ubijamy z mascarpone. Na wierzchu układamy umyte i obrane porzeczki.
Chłodzimy jeszcze przez około 30 minut i podajemy. Pyszne :-)

piątek, 22 lipca 2011

Ciasteczka owsiane II


Czy zgadlibyście, że spośród wszystkich przepisów na moim blogu najpopularniejszym jest ten na ciasteczka owsiane? Nie przypuszczałam, że zwykłe ciasteczka z płatków będą się cieszyły takim powodzeniem, ale z drugiej strony są tak pyszne, że nie powinnam się dziwić.
Dla wielbicieli ciasteczek owsianych mam dziś drugą, równie ciekawą i chyba nawet zdrowszą propozycję.
Przepis z moimi drobnymi zmianami pochodzi z Cakes, Biscuits&Slices wydanym przez Australian Women's Weekly.
Bardzo polecam. Są pyszne!



Składniki:

1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka otrębów owsianych
3/4 szklanki płatków owsianych (zwykłych, nie błyskawicznych!)
1/2 łyżeczki sody
60 gram miękkiego masła
1/2 szklanki brązowego cukru (w oryginale jest zwykły cukier)
1 jajko
2 łyżki wody (jeśli okażą się potrzebne)



Mieszamy mąkę, otręby, płatki i sodę. Dodajemy masło i ugniatamy razem, aż wszystko zacznie się się łączyć.  Dodajemy cukier, jajko i taką ilość wody, aby udało się zagnieść zwarte ciasto. Moje ciasto zagniotło się w ogóle bez udziału wody.
Rozgniatamy ciasto na płaskiej, lekko posypanej mąką powierzchni, aż będzie gładkie i wkładamy do lodówki na minimum 30 minut. Po tym czasie dzielimy ciasto na dwie części i każdą z nich rozwałkowujemy pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość około 5 mm. Następnie wycinamy z ciasta koła o średnicy 7 cm, które układamy na wyłożonej papierem blasze w odstępach około 2 cm. 
Ponieważ nie lubię utrudniać sobie życia zastosowałam nieco inną metodę. Nie rozgniatałam ciasta do schłodzenia, tylko po prostu schłodziłam je w misce, a następnie formowałam w dłoniach kulki, które układałam na blaszce i spłaszczałam ręką na grubość około 6 mm. Ciastka nie wyszły może tak idealnie równie jak te wycinane, ale za to nie musiałam ich wałkować w skomplikowany sposób ani bawić się później w zagospodarowywanie skrawków ciasta.
Bez względu na to jaką metodą uformujemy ciasteczka pieczemy je w temperaturze 180°C przez 15 minut, następnie zostawiamy przez około 5 minut (świeże są dosyć miękkie) i dopiero wtedy przekładamy do ostygnięcia na kratkę.



Ciasteczka są idealnie chrupiące, świetnie się przechowują w suchym miejscu. Pozostawione na wierzchu w dużej wilgoci mogą zmięknąć. Z podanej proporcji wychodzą dwie duże (na rozmiar piekarnika) blachy ciastek. Smacznego!



środa, 13 lipca 2011

Ciastka czekoladowe


Zrobiłam te ciasteczka ponad tydzień temu, kiedy to przez kilka dni lipiec udawał że jest listopadem, po niebie goniły czarne chmury, o szyby zacinał deszcz, a z kątów zaczęły wyglądać jesienne smuteczki.
Miały być wtedy na blogu pocieszeniem i dobrym źródłem endorfin, ale było tak ciemno, że nie mogłam ich nawet sfotografować. To znaczy mogłam, ale na zdjęciu wyglądały tak "zachęcająco" że wolałam Was nimi nie straszyć ;-)
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki przymusowemu czekaniu na jaśniejszy dzień sprawdziłam, że ciastka świetnie się przechowują. Zapewniam, że to nie jedyna ich zaleta. Bardzo polecam!
Przepis z "Cakes, Biscuits&Slices" wydanego przez The Australian Women's Weekly.



Składniki:

100 g ciemnej gorzkiej czekolady
80 g masła
1 szklanka drobnego cukru
1 jajko, lekko roztrzepane
1 szklanka mąki pszennej
2 łyżki kakao
1/4 łyżeczki sody
1/4 szklanki cukru pudru




Czekoladę i masło kroimy na kawałki i wrzucamy do miski, którą umieszczamy na garnku z lekko gotującą się wodą. Mieszamy i czekamy, aż masło i czekolada rozpuszczą się i połączą ze sobą. Zestawiamy miskę z pary, przekładamy masę do większego naczynia i odstawiamy do ostygnięcia (ja robiłam to od razu w dużej metalowej misce, bez przekładania).
Do ostygniętej masy dodajemy przesianą mąkę, drobny cukier, jajko, kakao i sodę. Mieszamy wszystko ze sobą. Masa powinna być mocno gęsta. Przykrywamy i odstawiamy do lodówki, aby całkiem zgęstniała. Powinno to zająć minimum 15 minut.
Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 180°C, wykładamy dużą płaską blachę papierem do pieczenia.
Z lodówki wyciągamy miskę, w dłoniach formujemy z ciasta kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczamy je w cukrze pudrze, aby były całkiem białe i układamy na blasze w odstępach ok. 8 cm. Ciasteczka rozpłyną się na płasko i odrobinę urosną, potrzebują więc naprawdę dużo miejsca.
Pieczemy przez 15 minut. Po wyjęciu z piekarnika czekamy chwilę aby ostygły i przekładamy do całkowitego ostudzenia na kratkę.
Ciasteczka są chrupiące z wierzchu i lekko ciągnące w środku.
Pyszne.

sobota, 9 lipca 2011

Jagodzianki maślane (z przygodami)


Zazwyczaj robię jagodzianki według swojego ulubionego przepisu na bułeczki, ale tym razem postanowiłam wypróbować mocno maślany przepis Liski na bułeczki waniliowe. Nigdy nie robiłam bułeczek z tak dużą ilością masła, więc koniecznie chciałam spróbować, jak smakują. 

Wielokrotnie już pisałam, że bardzo lubię i umiem robić ciasto drożdżowe zabrałam się więc do roboty z wielkim zapałem. Na początku szło świetnie. Wyrobiłam piękne, pachnące obłędnie ciasto i wstawiłam je do wyrastania. Po 30 minutach lekko zaniepokoiłam się faktem, że ciasto ani drgnie. Doszłam jednak do wniosku, że to pewnie przez dużą ilość masła, które utrudnia drożdżom pracę. Wszak ma się te wiedzę na temat wypieków drożdżowych ;-) Po kolejnych 15 minutach ciasto nie przejawiało jednak żadnej chęci do współpracy. Nigdy dotychczas coś takiego mi się nie zdarzyło, pomyślałam więc, że może pomyliłam coś w składnikach?  Spróbowałam odrobiny surowego ciasta, było smaczne, ale jakby mało drożdżowe? Dopiero wtedy pojawiła się w mojej głowie nieśmiała myśl, że ...ekhem, może ja nie dodałam drożdży??? 

Jeśli myślicie, że ciasto, po odkryciu tego haniebnego faktu zostało wysłane do kosza jesteście w błędzie. Ciasto powędrowało do miski, gdzie zostało uraczone odpowiednią ilością drożdży, następnie bardzo, bardzo porządnie wyrobione jeszcze raz i odstawione do wyrastania. Co prawda bałam się, że coś może nie wyjść, bo drożdże dodaje się raczej na początku, a nie na końcu, ale bułeczki zrobiły miłą niespodziankę i okazały się być znakomite. Mięciutkie, wyrośnięte i cudownie maślane. Są nieco cięższe od normalnych drożdżówek, ale myślę, że to jednak z powodu sporej ilości masła, a nie mojego błędu.
Jednym słowem - polecam! 
Zapomniałabym... Moje przygody z bułeczkami są najlepszym dowodem na to, że ciasta drożdżowego nie można się bać, bo wychodzi nawet jeśli nie doda się drożdży ;-)



Składniki: (wiernie przepisuję za Liską)

Zaczyn:*

20 g drożdży
100 ml szklanki mleka
1/2 szklanki mąki
1/4 łyżeczki cukru

Ciasto:

120 g masła o temperaturze pokojowej
3/4 szklanki cukru
1/2 szklanki mleka
3 żółtka
cukier waniliowy z prawdziwą wanilią
1/4 łyżeczki soli
skórka z cytryny 2 łyżki (ja dałam jedną łyżeczkę - D.)
3 i 1/2 szklanki mąki

Nadzienie:


ok 300 g jagód
cukier do smaku
cukier waniliowy

* zamiast drożdży świeżych można użyć jednej torebki (7g) drożdży instant. Wtedy nie robimy zaczynu tylko mieszamy drożdże bezpośrednio z mąką.



Sposób wykonania (moimi słowami):

Mleko lekko podgrzewamy, mieszamy z drożdżami na gładką masę, dodajemy mąkę, cukier, przykrywamy ściereczką  i odstawiamy do wyrośnięcia. Jeśli używamy drożdży instant (nie mylić z suszonymi!) całkowicie omijamy ten etap i dodajemy drożdże od razu do mąki. To mnie zresztą zgubiło, bo dodałam do mąki wszystko za wyjątkiem drożdży :-)
Przesiewamy mąkę, dodajemy do niej skórkę. W dużej misce ucieramy mikserem masło, dodajemy do niego cukier, zaczyn, a następnie żółtka, lekko podgrzane mleko i mąkę ze skórką (i drożdżami instant, jeśli nie korzystamy z zaczynu). Wyrabiamy dalej na wolnych obrotach lub ręcznie. Kiedy ciasto będzie idealnie gładkie i błyszczące odstawiamy je do wyrośnięcia na około 40-60 minut. Powinno podwoić swoją objętość. W czasie gdy ciasto rośnie możemy przygotować jagody mieszając je z cukrem i cukrem waniliowym. Warto pamiętać, że jagody po upieczeniu robią się kwaśne, więc powinny zostać osłodzone dosyć solidnie.
Gdy ciasto wyrośnie przekładamy je na stolnicę i lekko natłuszczonymi dłońmi dzielimy na 15 równych kawałków. Każdy z kawałków delikatnie rozpłaszczamy w dłoniach na placuszek, na środek nakładamy łyżeczkę jagód, bardzo dokładnie zalepiamy brzegi placuszka tworząc coś na kształt ściśle zamkniętej sakiewki, a następnie układamy bułeczkę na wyłożonej papierem blaszce w taki sposób, aby zalepienie znajdowało się od spodu. 
Podobnie postępujemy z resztą bułeczek. Trzeba pamiętać o zachowaniu pomiędzy nimi kilkucentymetrowych odstępów, ciasto jeszcze sporo urośnie.
Tak przygotowane bułeczki zostawiamy na około 20 minut, a następnie smarujemy je białkiem, posypujemy cukrem lub kruszonką i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na około 20-30 minut. Bułeczki powinny ładnie wyrosnąć i się zrumienić.
Gotowe wykładamy na kratkę do przestudzenia. Lekko ciepłe można już jeść. Pyszne!

Uwagi:

- Liska ma w swoim repertuarze jeszcze bardziej maślane bułeczki. Link dla odważnych tututu ;-)
- moje bułeczki posypałam kruszonką zrobioną z jednej łyżeczki masła, dwóch łyżek mąki i dwóch łyżek ciemnego cukru. Wszystkie składniki wyrabiamy razem palcami aż zaczną zbijać się w grudki.

wtorek, 5 lipca 2011

Ciasto czekoladowe z agrestem i bezą


Ostatnio niezwykle często odwiedzam targ. Jakoś nigdy nie mogłam się tam wybrać, a jak się wreszcie wybrałam, to nie mogę przestać. Nie mam tu na myśli bazarku, tylko taki prawdziwy targ ze świeżymi owocami, warzywami, jajkami, kurami itp. 
Co prawda brakuje mi odwagi, żeby kupować tam nabiał, ale owoce i warzywa są cudownie świeże, tanie i wstępują w ogromnej obfitości.
Efekty mojego hopla muszą też oczywiście znaleźć odzwierciedlenie na blogu. 
Zaczynam od agrestu.
Nigdy dotychczas nie piekłam z nim ciasta. Myślę, że w dużej mierze dlatego, że agrest rzadko można spotkać w normalnych warzywniakach. Wielka szkoda, bo to bardzo smaczne i wartościowe owoce. Czy wiecie że poprawiają trawienie i są doskonałym elementem diety odchudzającej? Nie jestem co prawda przekonana, że czekoladowe ciasto jest równie doskonałym elementem takowej diety, no ale raz się żyje, a ciasta agrestowego koniecznie trzeba spróbować. 
Inspiracją był dla mnie ten przepis. Zrezygnowałam z dodawania do ciasta gotowego budyniu i galaretek  wychodząc z założenia, że agrest i czekolada powinny sobie doskonale poradzić bez wspomagania sztucznymi dodatkami. Nie myliłam się. To jedno z najlepszych ciast owocowych jakie jadłam. Przepis podaję już z moimi zmianami.



Składniki ciasta:

2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki kakao
3/4 szklanki cukru
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
kostka masła
4 żółtka
1 łyżka śmietany
ok. 80 dag obranego agrestu

Składniki bezy:

4 mocno schłodzone białka
3/4 szklanki cukru pudru
1 łyżka ekstraktu waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej

przepis na kwadratową blaszkę lub tortownicę 28-30 cm




Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, kakao i cukrem, siekamy drobno ze schłodzonym masłem. Powinniśmy uzyskać coś na kształt mączki maślanej. Dodajemy żółtka, śmietanę, zagniatamy szybko  zwarte ciasto. 1/2 ciasta wykładamy dno blachy. Zarówno blachę z ciastem jak i drugą połowę ciasta wkładamy na minimum 30 minut do lodówki.
W tym czasie obieramy, myjemy i osuszamy agrest.
Gdy ciasto się schłodzi włączamy piekarnik na temperaturę 180°C.
Z lodówki wyciągamy białka i ubijamy je z cukrem na bardzo sztywną masę. Pod koniec ubijania dodajemy mąkę i ekstrakt.
Agrest układamy na dnie blaszki wyłożonej ciastem. Owoce powinny leżeć w jednej warstwie, ściśle obok siebie. Przykrywamy je pianą z białek, a na pianę na grubej tarce ścieramy resztę ciasta. Jeśli waszą cnotą nie jest cierpliwość możecie odrywać kawałki ciasta palcami, jak to widać na moich zdjęciach :-)
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez około 40-45 minut.

Uwagi:

- agrest jest bardzo soczysty. Jeśli nie jesteście pewni swojego piekarnika lepiej spód zapiec przez około 20 minut i dopiero potem wykładać na niego owoce. Wtedy całość pieczemy jeszcze przez około 30 minut.
- wnikliwi obserwatorzy zauważą, że zwiększyłam ilość cukru w stosunku do przepisu oryginalnego. Zazwyczaj robię odwrotnie, tu jednak trzeba pamiętać, że rezygnuję z kilku torebek budyniu i galaretek, które cukru mają w bród, a że agrest jest dosyć kwaśny jakoś musiałam sobie poradzić,

poniedziałek, 4 lipca 2011

Pudding z chałki


Obiecałam w poprzednim poście, że pokażę, co pysznego można zrobić z chałki. Obietnicę spełniam, ale najpierw krótka historia.
Parę lat temu, zachęcona tym, co zobaczyłam na ekranie telewizora zrobiłam swój pierwszy w życiu pudding. O zachętę nie było trudno, bo pudding przygotowywała Nigella, a ja mam słabość do jej sposobu prezentowania potraw. Pudding bardzo nam smakował, ale trochę nie pasował w nim chleb. Następnym razem postanowiliśmy więc zrobić go z czegoś delikatniejszego. Wybór padł na chałkę i okazało się, że to po prostu rewelacja. Myślę, że nasze początkowe problemy ze smakiem wzięły się stąd, że angielski chleb bardziej przypomina w smaku i konsystencji naszą chałkę (ale jej oczywiście nie dorównuje!) niż nasz chleb.
Tak czy inaczej pudding wyszedł świetny. Od tamtej pory robię go według mojego spolszczonego przepisu.
Nieco go też odchudziłam, bo robiony według Nigelli był dla mnie zbyt ciężki i tłusty.
Bardzo polecam, szczególnie na takie deszczowe dni jak dziś. Dla Waszej wygody podaję także oryginalny przepis Nigelli, nie każdemu wszak muszą odpowiadać moje modyfikacje.
Przepis opracowałam na podstawie "Nigella gryzie".



Składniki wg. Nigelli, w nawiasach podaję moje zmiany:

75 g masła ( daję 50g)
75 g rodzynek sułtańskich
3 łyżki ciemnego rumu
10 kromek chleba (duża chałka, może być sklepowa, takiej domowej szkoda na pudding)
ok. 10 łyżek dżemu imbirowego lub pomarańczowego (daję pomarańczowy lub w ogóle omijam)
4 żółtka (2 żółtka)
1 jajko 
3 łyżki cukru (daję trzcinowy)
500 ml śmietany kremówki (daję śmietanę 12% lub mleko 2%)
200 ml pełnotłustego mleka (daję mleko 2%)

do posypania:
1 łyżeczka mielonego imbiru
2 łyżki cukru trzcinowego, najlepiej demerara

przepis na naczynie do zapiekania o pojemności około 1 i 1/2 litra. Ja korzystam ze zwykłego okrągłego naczynia żaroodpornego.






Rodzynki namaczamy w rumie. Nigella podaje świetny sposób na błyskawiczne namoczenie - wystarczy miseczkę wstawić na minutę do mikrofali.
Chałkę kroimy na kromki, które smarujemy masłem i dżemem, składamy ze sobą jak kanapki, kroimy na pół i układamy w wysmarowanym masłem naczyniu żaroodpornym w taki sposób, aby do siebie przylegały, czyli po prostu upychamy je jak nam pasuje nie przejmując się tym, że się nieco wyginają lub łamią. 
Ułożone kromki posypujemy namoczonymi rodzynkami. Ja zwykle staram się rodzynki upchnąć pomiędzy kromkami, bo pozostawione na wierzchu za bardzo się przypiekają.
Do mleka dodajemy jajka, cukier i resztę rumu (o ile została), całość porządnie roztrzepujemy, a następnie zalewamy chałkę i pozostawiamy ją na 10 minut, aby wchłonęła płyn. Można ją nawet nieco pougniatać, żeby wszystko ładnie wsiąkło. To bardzo ważne, kiedyś ominęłam ten etap i okazało się, że ciasto było zupełnie suche w środku.
Tak przygotowane ciasto posypujemy cukrem i imbirem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180°C na około 40-45 minut. Ciasto ma się ściąć i nieco urosnąć. Po wyjęciu odstawiamy jeszcze na około 10 minut, aby odpoczęło, a następnie nakładamy łyżką porcje. Pyyszne! 
Na zimno też całkiem smaczne, zdarza nam się je kończyć następnego dnia.

Uwagi:

- jeśli nie przepadacie za imbirem można zamiast niego użyć wanilii, taka rumowo-waniliowa wersja smakuje mi chyba nawet bardziej;
- Nigella pisze, żeby dać dżem imbirowy lub pomarańczowy, zdarzało mi się już robić z innymi dżemami, albo całkiem je omijać i danie było pyszne;
- nie rezygnowałabym z porządnego rumu, który nadaje całości niepowtarzalny charakter.

piątek, 1 lipca 2011

Chałka


Proste wypieki drożdżowe najbardziej smakują mi jak są bardzo świeże, najlepiej jeszcze ciepłe. Jeśli więc mam ochotę na świeżutką chałkę muszę ją zrobić sama. Brzmi jak jakiś straszny obowiązek, a to przecież dla mnie duża przyjemność. W tym miejscu pozdrawiam serdecznie tych wszystkich, którzy czytając poprzednie zdanie pukali się znacząco w głowę ;-)
Chałka w wersji podstawowej to rodzaj lekko słodkiej, na ogół przykrytej kruszonką bułki. Ten wypiek jest jednak niezwykle wdzięcznym tematem do modyfikacji. Tym razem zrobiłam więc chałkę w nutce pomarańczowo-migdałowej. Ciasto zawiera startą skórkę z pomarańczy, a zasadniczą częścią kruszonki są mielone migdały. Taka chałka fantastycznie smakuje z dżemem pomarańczowym. 
Wszystkie znane mi chałki są przepyszne ze szklanką mleka, a w wersji rozpustnej należy kawałek chałki posmarować masłem. Chałka może być też wspaniałą bohaterką zupełnie innego dania. Ale o tym napiszę więcej już w następnym poście :-)



Składniki ciasta:

1/2 kg mąki pszennej
1 torebka suszonych drożdży (7g)
1 łyżeczka soli
1/2 szklanki cukru
1-2 łyżki cukru waniliowego lub 1 łyżka ekstraktu ( lub skórka otarta z jednej pomarańczy)
1 jajko
1 żółtko
1 szklanka mleka
1/4 kostki masła (50g)


1 białko do posmarowania wierzchu
mąka do podsypywania

Kruszonka:

3 łyżki mąki (lub 3 łyżki mielonych migdałów)
3 łyżki cukru
1 płaska łyżka masła


Mąkę przesiewamy i mieszamy z suchymi drożdżami, cukrami i solą. Mleko podgrzewamy lekko w garnuszku. Jajko i żółtko roztrzepujemy. Masło rozpuszczamy. Do mąki z dodatkami wlewamy mleko i jajka (jeśli zamiast cukru waniliowego użyjemy ekstraktu dodajemy go na tym etapie). Wyrabiamy gładkie ciasto. Pod koniec wyrabiania dodajemy masło i jeszcze raz porządnie wszystko wyrabiamy. Ciasto ma być gładkie, lśniące i dosyć gęste. Przykrywamy je ściereczką i odstawiamy na około 60 minut do wyrośnięcia. Powinno podwoić objętość. 
W czasie gdy ciasto rośnie wszystkie składniki kruszonki ugniatamy ze sobą czubkami palców do momentu, aż zaczną zlepiać się w grudki.
Gdy ciasto jest wyrośnięte lekko je odgazowujemy i przystępujemy do robienia chałki.
Są różne szkoły jej lepienia, ja przedstawię najprostszą, w której ciasto dzielimy na 4 równe części. Każdą część formujemy w kształt wałka, wszystkie wałki układamy obok siebie na stolnicy, zlepiamy je razem w górnej części, a następnie przystępujemy do składania chałki zgodnie z poniższą instrukcją obrazkową.



Szalenie trudno jest opisać to słowami, jeśli więc instrukcja nie wystarcza gorąco polecam skorzystanie z youtube, jest tam kilka filmików o tym, jak zlepia się chałkę.
Zaplecioną chałkę przenosimy na wyłożoną papierem dużą blachę (możemy od razu ją tam zaplatać) smarujemy obficie białkiem i posypujemy kruszonką. Zostawiamy do wyrośnięcia jeszcze przez około 20 minut, a następnie wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na około 30-35 minut
Ciasto jest gotowe gdy ładnie wyrośnie i się zrumieni. Można też sprawdzić patyczkiem.
Smacznego!

 
Design by Ciey based on Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes