poniedziałek, 31 grudnia 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!


Kochani, serdecznie dziękuję Wam za wspólnie spędzone chwile. Dla mnie to był szczęśliwy rok. Mam nadzieję, że dla Was też.
 Z całego serca życzę Wam, żeby nadchodzący 2013 obfitował w pomyślne dla Was przypadki i wydarzenia. Bądźcie, zdrowi, kochani, szczęśliwi i spełnieni. I oczywiście zaglądajcie tu do mnie :-)


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Boże Narodzenie




Spokoju, miłości, zdrowia i radości. Wypocznijcie i nacieszcie się domowym ciepłem!

sobota, 22 grudnia 2012

Sernik z żurawinami


Kremowa, delikatna masa waniliowa, a na wierzchu żurawiny z mocnym akcentem cytrynowym. Słodko-kwaśne sernikowe niebo, idealne na Święta.
Jak wiecie nie lubię spodów w sernikach i unikam ich o ile to możliwe, ale muszę powiedzieć, że w tym serniku spód by się przydał. Następnym razem będzie. Zrobię go z chrupiących płatków migdałowych.



Składniki ciasta:

1 kg tłustego sera sernikowego (minimum 15% tłuszczu)
1 szklanka cukru
2 łyżki ekstraktu waniliowego
5 jajek

Składniki polewy:

1 słoiczek żurawin
4 łyżki suszonej żurawiny
skórka otarta z 1 cytryny
2 łyżki soku z cytryny

przepis na tortownicę około 22-24 cm


Ser mieszamy z cukrem. Dodajemy ekstrakt i pojedynczo jajka. Wylewamy do tortownicy wyłożonej papierem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C na około 45 minut. Sernik powinien być ścięty tylko na brzegach, w środku powinien pozostać lekko galaretowaty.
Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia, a następnie schładzamy w lodówce przez kilka godzin.
Sernik jest bardzo delikatny, więc nie zdejmujemy z tortownicy obręczy dopóki sernik nie będzie dobrze schłodzony.
Żurawiny (obydwa rodzaje) podgrzewamy w rondelku przez około 5-7 minut, dodajemy cytryny, skórkę. Mieszamy. Studzimy. Ponieważ gotowe żurawiny mają różną zawartość cukru należy polewy spróbować i dodać do niej zależnie od potrzeb więcej cukru lub więcej cytryny. Masa powinna mieć zdecydowany kwaskowaty smak dla kontrastu z delikatnym, waniliowym i dosyć słodkim sernikiem.
Sernik wyciągamy z tortownicy, wierzch przykrywamy żurawinami. Podajemy.

wtorek, 18 grudnia 2012

Makowiec drożdżowy wersja relaks ;-)


Makowiec drożdżowy to zazwyczaj strucla. Powinna być piękna, równiutka, taka do zjedzenia na eleganckim talerzyku, w świątecznym stroju, przy suto zastawionym stole. Ma to oczywiście swój niezwykły urok i klimat. Pomyślałam sobie jednak, że nie każdy lubi ciasta wyglądające jak spod igły, nie każdy potrafi je wykonać i że może miło byłoby zrobić ciasto, które najlepiej smakuje gdy zjemy je w świąteczny poranek, w ulubionej flanelowej piżamie i popijemy kawą z wielkiego kubasa. To też przecież święta :-)


Składniki ciasta:


3/4 szklanki mleka
1/2 laski wanilii
40 dag mąki pszenej

2 łyżeczki drożdży instant
1/2 szklanki drobnego cukru
3 żółtka
1/3 kostki masła

Składniki nadzienia:

0.5 l mleka (do gotowania maku)
30 dag suchego maku

1 szklanka drobnego cukru
3 jajka
3 łyżki miodu
cukier z prawdziwą wanilią
10 dag migdałów
15 dag rodzynek

dodatkowo:

3/4 szklanki cukru pudru, 3 łyżki soku z cytryny, 2 łyżki wrzątku

przepis na dużą tortownicę, ok 28 cm


Mleko podgrzewamy mocno z laską wanilii, odstawiamy do przestygnięcia. Mąkę przesiewamy, dodajemy drożdże instant, cukier, lekko ciepłe mleko (już bez wanilii) i żółtka. Wyrabiamy ciasto. Gdy zaczyna odchodzić od ręki rozpuszczamy masło, studzimy i lekko ciepłe dodajemy do ciasta, ponownie wyrabiając. Gotowe ciasto powinno być lśniące, zwarte i łatwo odchodzące od ręki. Odstawiamy do wyrośnięcia.


Mak gotujemy w mleku przez ok 15 minut. Studzimy, cedzimy. Lekko ciepły mielimy w maszynce trzykrotnie dodając przy okazji cukier. Dodajemy żółtka, miód, wanilię, bakalie, a następnie rozpuszczone masło. Z białek ubijamy pianę i delikatnie mieszamy z masą.

Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części. Jedną z nich rozkładamy na dnie wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy. Wykładamy nadzienie makowe, a następnie przykrywamy je drugą częścią ciasta. Ponieważ ciasto drożdżowe niezwykle się klei dobrze pomagać sobie dłońmi zmoczonymi w wodzie lub oleju. Odstawiamy do wyrośnięcia na około 20 minut, a następnie pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180°C przez około 40 minut. Ja przy pieczeniu swojego ciasta popełniłam błąd, wyciągnęłam je zbyt wcześnie i niestety, środek nieco opadł. Nie miało to wpływu na smak, ale na wygląd niestety tak. Jeśli więc górna część ciasta wydaje się Wam zrumieniona zbyt mocno przykryjcie ją folią aluminiową i dopieczcie ciasto.
Gotowe ciasto odstawiamy do ostudzenia. Wszystkie składniki lukru ucieramy, powinien być dosyć gęsty. Jeśli jest zbyt rzadki dodajemy więcej cukru, jeśli zbyt gęsty - wody. Polewamy ciasto. Podajemy.
Smacznego!


Uwagi:

- zamiast zwykłego maku możecie użyć maku mielonego na sucho, nie musicie wtedy mielić maku, wystarczy  go namoczyć w mleku;
- z tego przepisu możecie też oczywiście zrobić struclę. Wystarczy rozciągnąć ciasto na stolnicy, posmarować makiem i zwinąć. Czas pieczenia jest taki sam.

sobota, 15 grudnia 2012

Piernik żytni z prażonej mąki


Ten piernik to właściwie sam miód i mąka żytnia. Żadnej mąki pszennej, żadnego cukru. Zrobiłam go już ponad tydzień temu, ale ponieważ wydał mi się nieco gumowy w konsystencji nie umieszczałam go na blogu. Stwierdziłam, że potrzymam go trochę w spiżarni i zobaczę, jak będzie smakował za parę dni. Spróbowałam dziś i okazało się, że piernik jest świetny! Idealnie miękki, zniknęła gdzieś gumowatość, za to na pierwszy plan wybijają się przyprawy korzenne. Pyszny. Jeśli więc chcecie upiec go na święta musicie zrobić to TERAZ! Nie ma chwili do stracenia, ten piernik potrzebuje 7-10 dni, żeby nabrać smaku.

Przepis z moimi małymi zmianami z Kuchni kresowej z Podlasia Adrianny Ewy Stawskiej. Książka jest cudowną kopalnią przepisów podlaskich ale niestety, jej sponsorem był chyba producent pewnej znanej margaryny, bo wetknięto ją wszędzie, również do tego piernika, co uważam za rodzaj kulinarnej profanacji.



Składniki:

50 dag mąki żytniej (u mnie typ 720)
50 dag miodu płynnego
1 łyżka spirytusu
2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
3 łyżki przyprawy do pierników (domowej, jeśli chcecie użyć gotowej wsypcie jej co najmniej 1.5 torebki)
2 łyżeczki sody
szczypta soli
2 łyżki miękkiego masła

przepis na dwie keksówki


Mąkę zrumieniamy w piekarniku lub na patelni. Trzeba uważać, żeby jej nie przypalić, szczególnie na patelni trzeba ją często mieszać. Mąka powinna nabrać lekko złotego koloru. Jeszcze ciepłą mąkę mieszamy z przyprawami, sodą, a następnie łączymy z miodem, masłem i alkoholem. Ciasto powinno się dać łatwo wyrobić. Gotowe wkładamy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia, wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy przez około 50-60 minut. Sprawdzamy patyczkiem. Niech Was nie zwiedzie przyjemnie przypieczona skórka, mąka żytnia naprawdę potrzebuje sporo czasu, więc ciasto powinno się piec długo. Moje było gotowe dopiero po godzinie.
Po upieczeniu piernik studzimy, a następnie owijamy w folię i zapominamy o nim na co najmniej tydzień. Gotowy możemy polukrować, ale mnie szkoda było psuć żytnio-miodowy smak warstwą cukru. Smacznego!


Zakupy przedświąteczne - poradnik dla zagubionych;-)


Na pomysł tego wpisu wpadłam po spotkaniu z pewną miłą panią w pewnym średnio miłym i niezwykle zatłoczonym hipermarkecie. Pani stała przed regałem z przyprawami do piernika i próbowała cokolwiek wybrać. Gdy z rezygnacją na twarzy złapała najgorszą przyprawę (składającą się z głównie z cukru, mąki i kakao) nie wytrzymałam i wskazałam, którą i dlaczego lepiej byłoby kupić. Pani omal nie rzuciła mi się na szyję ;-) Pomyślałam wtedy, że ktoś, kto na co dzień nie robi zakupów do wypieków może się czuć kompletnie zagubiony wobec mnogości towarów i może w związku z tym warto napisać w paru punktach, na co zwracać uwagę.
Poradnik bazuje oczywiście głównie na moim doświadczeniu i zamiłowaniu do używania w kuchni jak najbardziej prawdziwych produktów. Gorąco zapraszam do dodawania do niego swoich uwag.


Przyprawy do piernika:

O przeglądzie przypraw pisałam już tutaj. Teraz wspomnę tylko, że w przyprawie najważniejsze są ... przyprawy, tak więc lepiej trzymać się z daleka do torebeczek, w których na pierwszych miejscach w składzie jest mąka, cukier, kakao. Zawsze też możecie zrobić przyprawę sami. Nie trzeba do tego nawet własnego młynka, większość składników możecie kupić już zmielonych. O tym jak zrobić przyprawę napisałam tu.

Ser do sernika:

Jeśli używacie sera w wiaderku koniecznie sprawdźcie jego skład! Często okazuje się, że oprócz sera mamy w wiaderku substancje zagęszczające i szereg innych dziwnych dodatków, które zapewniam, nie dodadzą ani smaku, ani nie poprawią wyglądu waszych wypieków. Warto też patrzeć na zawartość tłuszczu. Jeśli chcecie zrobić sernik tradycyjny lub amerykański warto użyć porządnego, tłustego (powyżej 15%), gęstego sera. Można wtedy ominąć dodawanie masła w przepisie, a sernik wyjdzie świetny. O tym co to jest sernik amerykański i jak go upiec pisałam już tu.

Masło:

Pisałam o tym wielokrotnie: do wypieków używam masła. To ono gwarantuje smak, zapach, właściwą konsystencję. Jeśli przepis na to pozwala zdarza mi się zamiast niego dawać olej lub oliwę, ale nigdy nie używam margaryny. Margaryny do pieczenia to sztucznie utwardzany tłuszcz, często zawierają szkodliwe tłuszcze trans, a do tego smakują okropnie. O tym, jak kupić dobre masło możecie przeczytać tu. Wbrew pozorom nie wystarczy sprawdzić, że ma 82% tłuszczu!

Wanilia:

Gorąco zachęcam do korzystania z prawdziwej wanilii. To coś zupełnie innego niż wszechobecny cukier wanilinowy. Pisałam o tym szerzej tu. Z prawdziwej wanilii można łatwo zrobić świetny ekstrakt, cukier waniliowy, wysuszoną można zmielić na proszek, a świeżą dodawać do ciasta wyciskając z niej miąższ jak z tubki. To fantastyczna przyprawa i zauważyłam, że coraz częściej pojawia się w sklepach. Kiedyś cukier z prawdziwą wanilią miała w swojej ofercie tylko jedna firma, teraz zaczyna się pojawiać więcej marek. Dodatkową świetną informacją jest to, że wanilia zaczyna wreszcie normalnie kosztować. Kiedyś tanią wanilię (laska za około 3 zł) można było kupić tylko w internecie. Teraz widuję ją w takich cenach również w zwykłych sklepach. Super!

Marcepan:

Pisałam o nim szerzej tu, pod linkiem znajdziecie też przepis na domowy marcepan, a teraz tylko wspomnę, że jeśli nie chcecie/nie macie czasu na robienie własnego koniecznie przeczytajcie ulotkę przed kupnem gotowego! Idealnie byłoby, gdyby zawierał minimum 50% migdałów. Jeśli traficie na taki, który ma migdałów kilkanaście procent darujcie sobie zakup, to nie będzie smaczne. To będzie obłędnie słodkie.
Sprawdźcie też skład pod kątem innych dziwnych substancji, widziałam już marcepan z ziemniaków :-)

Mak:

Doskonale rozumiem że nie każdy ma czas, siły i możliwości, żeby kupić tradycyjne ziarna maku, a następnie  przekręcać je pracowicie przez maszynkę. Pewnie stąd wielka popularność mas do makowca w puszce. Nawet ja sama mam na blogu jeden przepis z użyciem takiej masy. Nie znaczy to jednak, że jestem ich wielką zwolenniczką. Spójrzcie bowiem na etykietę. Taka masa zawiera na ogół mnóstwo cukru, sztuczny miód, a to wszystko okraszone jest tłuszczem roślinnym. Czy to są składniki pysznego domowego makowca? Nie martwcie się jednak, jest alternatywa. W sklepach można kupić mak mielony na sucho. Taki mak wystarczy zalać gorącym mlekiem, poczekać chwilę, żeby napęczniał i już można go używać! Dodajemy więc do niego miód, bakalie i wszystkie pyszne składniki, bez których aromatyczny makowiec nie może się obejść i farsz jest gotowy. Różnica w smaku jest kolosalna, a przygotowanie masy nie zabiera dużo więcej czasu niż otworzenie puszki.
Dla pewności dodam, że nie podpisałam żadnego kontraktu reklamowego z żadnym producentem mielonego maku i sama zwykle mielę zwykły mak trzykrotnie bo taki w dalszym ciągu smakuje mi najbardziej :-)

Cukier:

Święta to czas wypieków z lukrem, do jego zrobienia potrzebujemy cukru pudru. Bądźcie ostrożni wybierając ten w torebkach papierowych. Często zdarza się, że w środku jest mocno zbrylony. Dużo lepiej sprawdza się cukier sprzedawany w torebkach foliowych. Jeśli myślicie, że czytanie etykiety na cukrze nie jest potrzebne jesteście w błędzie! Nie dalej jak kilka miesięcy temu udało mi się kupić cukier z dodatkiem mąki ziemniaczanej! Etykiety trzeba czytać na wszystkim.

Jajka:

Mam nadzieję, że wiecie, że na jajkach patrzymy nie na to, co jest napisane na opakowaniu (tam zawsze są napisane peany na cześć tego, co w środku)  tylko na to, co napisane jest na jajku? Jeśli numerek na nim zaczyna się od cyfry 0, 1 lub ostatecznie 2 kupujemy. Jeśli jest to trójka nie kupujemy! Kiedyś napiszę o tym szerzej, teraz odsyłam Was do sieci. Ot choćby tu.

wtorek, 11 grudnia 2012

Tort makowo-migdałowy z wiśniami


Dziś będzie uroczyście, świątecznie, a przede wszystkim smacznie. Dotychczas nie byłam wielbicielką tortów makowych, może dlatego, że kojarzyły mi się z ciężkimi tradycyjnymi tortami? A może dlatego, że mak dotychczas zarezerwowany był w mojej głowie jak nadzienie do makowca, bo u nas nigdy nie robiło się z okazji świąt tortów?
W każdym razie spróbowałam zrobić go dopiero teraz i bardzo się cieszę, że w końcu się zdecydowałam!
Tort jest ciężki, ale trudno żeby tort z dużą zawartością maku taki nie był. Dopasowałam do niego aksamitny migdałowy krem, a żeby zrównoważyć czymś smak dołożyłam wspaniałe, lekko kwaśne wiśnie prosto z pysznej domowej konfitury. Smakuje świetnie. To doskonała alternatywa dla tradycyjnego makowca. Szczególnie dla tych, którzy nie lubią tzw ciast mącznych, bo ten tort to właściwie sam cięzki i wilgotny mak przekładany kremem. Polecam!



Składniki ciasta:

30 dag zmielonego na sucho maku
ok 1 szklanka mleka
100 g masła
1 i 1/2 szklanki cukru pudru
5 jajek

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
4 łyżki kaszy manny

1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
1 łyżka ekstraktu waniliowego

Składniki masy:


5 żółtek
4 łyżki mleka
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 szklanka cukru pudru
250 g serka mascarpone
20 dag pokruszonych płatków migdałowych

3 łyżki amaretto

dodatkowo:

mały słoik dobrej jakości konfitury z wiśni

przepis na tortownicę 21 cm


Mielony mak (można taki kupić w sklepie) zalewamy gorącym mlekiem. Odstawiamy, żeby napęczniał i ostygł. Masło ucieramy wraz z 1 szklanką cukru pudru na puch. Dodajemy stopniowo żółtka, a następnie ostudzony mak, kaszę mannę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, ekstrakt i skórkę z cytryny.
Białka ubijamy na sztywno, a następnie dodajemy do nich pozostały cukier i jeszcze raz ubijamy. Piana nie musi być bardzo sztywna, jak na bezę. Pianę dodajemy delikatnie do masy makowej, a następnie przekładamy całość do tortownicy i wkładamy do piekarnika. Pieczemy przez około 60 minut w temperaturze 170°C. Sprawdzamy patyczkiem. Nie otwieramy piekarnika w początkowej fazie pieczenia!
Po upieczeniu ciasto odstawiamy do ostygnięcia i wyjmujemy z formy dopiero gdy jest zimne.

Żółtka mieszamy w garnku z mlekiem, mąką kukurydzianą i cukrem pudrem. Nie ubijamy! Stawiamy na słabym ogniu i nieustająco mieszając podgrzewamy masę do momentu gdy stanie się mocno gorąca i zacznie gęstnieć. Należy pilnować, żeby masa się nie zagotowała, bo zrobi nam się słodka jajecznica.
Gotowy krem odstawiamy do ostygnięcia.

Ostudzone ciasto dzielimy na 2 lub 3 równe części. Ciasto jest ciężkie, trzeba uważać, żeby krążki nie pękały.
Krem mascarpone ubijamy krótko w mikserze. Dodajemy do niego stopniowo ostudzony krem (masy powinny mieć taką samą temperaturę) i delikatnie mieszamy na wolnych obrotach. Na końcu dodajemy alkohol i pokruszone migdały.
Przekładamy blaty masą, dodając do każdej warstwy wiśnie z konfiturą i odstawiamy tort do lodówki. Przed podaniem ozdabiamy cukrem pudrem i konfiturą z wiśni. Tort najsmaczniejszy jest gdy się nieco przegryzie (minimum kilka godzin).

Uwagi:

- najlepiej sprawdzą się nie przesłodzone konfitury, jeśli ich nie macie użyjcie dżemu z gorzkich pomarańczy;
- jeśli wolicie cięższe w smaku kremy możecie mascarpone zamienić na masło. Krem będzie tak samo tłusty, ale jeszcze bardziej aksamitny w smaku. Jeśli wolicie lżejsze kremy zastąpcie mascarpone śmietaną 36%, ale musicie bardzo uważać przy mieszaniu, taka masa lubi się owarzyć;
-torty piekę zazwyczaj równocześnie w dwóch takiej samej wielkości tortownicach. Łatwiej i szybciej można przekroić jeden niski blat na dwie równe części, niż kroić wyższy 4;
- uprzedzając Wasze pytania - gotowa masa makowa zdecydowanie nie nadaje się do tego tortu.


niedziela, 9 grudnia 2012

Jak kupić dobre masło?


Znacie odpowiedź na to pytanie?
Zdarzyło Wam się przynieść do domu coś, co zdecydowanie odbiegało od Waszego wyobrażenia o maśle?

Postanowiłam zebrać trochę informacji na ten temat i podzielić się tym, co zdołałam ustalić.

Zacznijmy może od tego, co to jest prawdziwe masło?
Prawdziwe masło składa się z otrzymywanego ze śmietany tłuszczu mlecznego i powinno go mieć nie mniej niż 82% (nieco inne normy tłuszczowe obowiązują masło śmietankowe).

Jakie są najczęstsze grzechy producentów masła?

Dodawanie tłuszczu roślinnego. Często na maśle możemy znaleźć informację, że zawiera ono 82% tłuszczu. Wydaje nam się, że znaleźliśmy prawdziwe masło, tymczasem okazuje się, że część tego tłuszczu to nie tłuszcz mleczny, tylko tani  (często niezdrowy) tłuszcz pochodzenia roślinnego. Dla producenta czysty zysk, dla nas strata.

Wprowadzające w błąd oznaczenia na opakowaniach.
Lista nieprawidłowości wydaje się być nieskończona. Przede wszystkim wszyscy próbują udawać, że produkują prawdziwe masło i nazwa ta przewija się w różnych formach na opakowaniu. Mamy więc papierki do złudzenia przypominające opakowanie masła ekstra, tylko niknie gdzieś napis "masło", mamy różne "łatwe do smarowania masła", które z prawdziwym masłem nie mają nic wspólnego, nie wspominając już o sławetnych osełkach, które wizualnie sprawiają wrażenie smakowitego masła, a w praktyce często okazują się być marnej jakości mieszanką tłuszczu zwierzęcego z roślinnym.

Tutaj rodzi się pytanie:

Jak rozpoznać dobre masło?

Przyznam, że zadanie jest wyjątkowo trudne. Mam wrażenie, że nawet ekspert z branży mleczarskiej miałby problem z bezbłędną oceną, ale nie dajmy się zwariować. Oto punkty, które udało mi się ustalić:


  • Czytajmy etykietę! Nie wystarczy informacja, że masło zawiera 82% tłuszczu. Musimy się także dowiedzieć, skąd tłuszcz pochodzi. Jeśli producent unika informacji na ten temat nie wkładajmy takiego masła do koszyka. Uczciwi producenci nie wstydzą się napisać, że ich produkt powstał ze śmietany.


  • Spójrzmy na cenę! Dobre, rzetelnie zrobione masło nie będzie tanie. Jeśli mamy przed oczami kostkę masła, która ma 200 g i kosztuje 3 zł darujmy sobie trud szukania na niej informacji nt. składu, nie wspominając już nawet o wkładaniu do koszyka.


  • Dotknijmy masła! Jeśli masło w sklepowej lodówce jest miękkie możemy mieć pewność, że nie składa się tylko z tłuszczu mlecznego. Tłuszcz mleczny bowiem pod wpływem zimna twardnieje i wymaga dłuższej chwili w temperaturze pokojowej żeby zmiękł. Prawdziwe zimne masło kruszy się, a nie ugina pod wpływem nacisku.


  • Spójrzmy na kolor masła! Prawdziwe masło ma bardzo blady, kremowy kolor. Jeśli widzimy coś w kolorze radosnej żółci nie wkładajmy tego do koszyka.


  • Jeśli zaryzykowaliśmy kupno podejrzanego masła możemy też bardzo łatwo przetestować je w domu. Osoby o wrażliwym smaku od razu po spróbowaniu będą wiedzieć, co masłem jest, a co nie. Jeśli jednak w dalszym ciągu nie jesteście pewni dowiecie się używając masła do wypieków. Taki test obnaży jego wady w bardzo szybkim tempie. Ileż razy zdarzyło mi się kląć, gdy odkrywałam że "masło" rozpuszczane z zamiarem użycia na przykład w maślanym cieście drożdżowym zaczyna wydzielać jakiś dziwny roślinny zapach i cudownie się rozwarstwia. Na "maśle" pewnej bardzo popularnej sieci upiekłam kiedyś kruche ciasteczka. Jakież było moje zdumienie, gdy zaniepokojona dziwnym zapachem zajrzałam do piekarnika i odkryłam, ze z kruchego ciasta wypływa jakiś paskudny żółty tłuszcz. To problemy, które w przypadku użycia prawdziwego masła nie mają prawa się zdarzyć. Prawdziwe masło po roztopieniu pięknie pachnie i pojawia się na nim dużo białego osadu.  

zdjęcia kostek masła ze strony www.leclerc.com.pl




Przyprawa do pierników


Pamiętacie mój tekst o przyprawach do pierników? Gorąco zachęcam do przypomnienia go sobie przed zakupami świątecznymi. Warto też poczytać komentarze, w których są różne Wasze cenne uwagi.
Dziś małe uzupełnienie, przepis na moją własną, domową przyprawę. Robię ją od dawna, nie wiem czemu dotychczas nie zamieściłam receptury, już to naprawiam.



Składniki:

12 łyżeczek cynamonu
5 łyżeczek imbiru
5 łyżeczek goździków
3-4 łyżeczki kardamonu
1 i 1/2 łyżeczki ziela angielskiego
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/3 łyżeczki kolendry
1/3 łyżeczki czarnego pieprzu

można dodać również:

1/2 łyżeczki anyżu
1/3 łyżeczki kminku
1/4 łyżeczki gorczycy

a także:
suszoną skórkę z cytryny lub pomarańczy

Wszystkie przyprawy mielimy razem lub ucieramy w moździerzu. Wielbiciele przypraw idealnie gładkich przesiewają swoją przyprawę przez sitko. Ja lubię gdy w trakcie jedzenia piernika trafiam się na jakiś aromatyczny malutki (naprawdę malutki) kawałek, więc na ogół swojej nie przesiewam.
Gotową przyprawę zamykamy szczelnie w słoiku. Może tak stać przez długie miesiące.
Dobrze byłoby użyć do niej świeżych, nie zmielonych przypraw, będzie bardziej aromatyczna.

To moja wersja przyprawy stworzona na podstawie prób i błędów. Gorąco zachęcam Was do stworzenia swojej wersji. Próbujcie, smakujcie. Dobrym momentem na sprawdzenie, czy przyprawa nam odpowiada jest początek większości przepisów na pierniki i pierniczki, czyli rozpuszczenie przyprawy w miodzie. Spróbujcie takiego aromatycznego miodu gdy lekko przestygnie i doprawcie go według własnego pomysłu. Powodzenia!

czwartek, 6 grudnia 2012

Krajanka owsiano-żurawinowa z białą czekoladą


Witajcie w Mikołajki! 6 grudnia to dzień, od którego zaczynam odliczać dni do Bożego Narodzenia.  Po lewej stronie możecie zobaczyć mój torcik mikołajkowy wraz z linkiem do przepisów świątecznych, a w najbliższych dniach postaram się przedstawić parę przepisów świątecznych. Na razie zdradzę, że w spiżarni pachnie mi już obłędnie i czeka na sfotografowanie pewien Pan Piernik.
Mój dzisiejszy przepis też pachnie już zimą i świętami.


Składniki ciasta:

I warstwa
1 i 1/2 szklanki mąki
1/2 kostki schłodzonego masła
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 żółtka
odrobina zimnej wody (jeśli będzie potrzebna)

II warstwa
1/2 kostki miękkiego masła
1/2 szklanki jasnego brązowego cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 i 1/2 szklanki płatków owsianych
1/2 szklanki mąki
1/2 szklanki suszonych żurawin
słoiczek żurawin
tabliczka białej czekolady

przepis na blaszkę o wymiarach około 24x24 cm


Ze składników pierwszej warstwy wyrabiamy kruche ciasto: mąkę przesiewamy z cukrem pudrem, siekamy z masłem, dodajemy ekstrakt i żółtka i zarabiamy szybko zwarte ciasto. Rozwałkowujemy je na rozmiar dna blaszki, a następnie układamy na wysmarowanej lub wyłożonej papierem blaszce i wkładamy do lodówki na minimum 30 minut. Po upływie tego czasu pieczemy w temperaturze 180°C przez około 20 minut, do zezłocenia.
Miękkie masło z warstwy II ucieramy na puch wraz z cukrem i ekstraktem. Dodajemy stopniowo mąkę i płatki. Masa będzie się robiła coraz bardziej gęsta. Na końcu dodajemy suszone żurawiny i posiekaną na kawałki białą czekoladę. Żurawiny ze słoiczka rozsmarowujemy na podpieczonym cieście, przykrywamy masą maślano-owsianą. Wkładamy ponownie do piekarnika (temperatura bez zmian) i pieczemy jeszcze przez około 30 minut. Kroimy po lekkim ostudzeniu.



Uwagi:

- ciasto jest umiarkowanie słodkie, główna słodycz pochodzi od białej czekolady i suszonej żurawiny. Jeśli lubicie naprawdę słodkie ciasta proponuję do pierwszej i drugiej warstwy dać szklankę cukru;
- górna część krajanki może się lekko osypywać.






niedziela, 2 grudnia 2012

Nerwuski czekoladowe


Powoli wchodzimy w klimaty świąteczne. Ubrałam już blog w świąteczne ubranko i zapraszam na pyszne, choć niepozornie wyglądające ciasteczka idealnie pasujące do świątecznej, zimowej pory. Wyglądają na dosyć spore i masywne, a są lekkie i delikatne jak chmurki. Kryją w sobie wyjątkowe połączenie ciasta czekoladowego i bezy. Pyszne. 
Przepis na nie znalazłam w książce "Fika", którą kupiłam...w Ikea. To najlepszy dowód na to, że maniak kulinarny książkę z przepisami wypatrzy wszędzie. Nawet w sklepie meblowym.
Książka jest bardzo sympatyczna, zawiera całkiem sporo przepisów na różne skandynawskie wypieki. Tłumaczowi (a pewnie i autorom) dopisywała fantazja, bo wypieki mają bardzo oryginalne nazwy. Oprócz dzisiejszych nerwusków robiłam już też na przykład malinowe jaskinie. 
Przepis z moimi niewielkimi zmianami.



Składniki ciasta:

225 ml mąki pszennej
50 ml kakao
100 g masła
50 ml cukru pudru
1/2 żółtka (dałam całe)

Nadzienie:

białko z jajka
100 ml cukru pudru (dałam 150)
dodatkowo dałam ekstrakt waniliowy i garść migdałów pokrojonych w słupki

przepis na około 20 ciastek


Przesiewamy mąkę razem z kakao i cukrem. Dodajemy masło, żółtko i zagniatamy ciasto. Ciasto zagniata się łatwo i szybko. Gotowe owijamy folią i wkładamy do lodówki na minimum 1 godzinę. Gotowe ciasto rozwałkowujemy na równy prostokąt. Powinno mieć grubość około 1 mm.
Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy cukier i ponownie ubijamy na bardzo sztywno. Na końcu dodajemy ekstrakt i delikatnie mieszamy. Masą bezową smarujemy rozwałkowane ciasto, posypujemy migdałami, a następnie zaczynając od dłuższego boku zwijamy ciasto delikatnie w luźną roladę. Autorzy książki sugerują, żeby zwinięte ciasto schładzać przez 15 minut i dopiero potem kroić je w plastry o szerokości 1 cm, ale ja pominęłam ten etap i pokroiłam ciasto od razu. Plasterki ciasta układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Nie przejmujemy się tym, że plasterki rozjeżdżają się nam w palcach, tak ma być. Ciasteczka po wyrośnięciu będą miały nieregularne kształty. Moje są i tak bardziej regularne i niż te na zdjęciu w książce. Autorzy sugerują pieczenie w temperaturze 175°C przez 10-12 minut. Moje ciastka po tym czasie były jeszcze surowe, więc piekłam je przez kolejne 10 minut. Zdejmujemy z formy dopiero jak są wystudzone.
Pyszne zaraz po upieczeniu, ale też przez 2 kolejne dni. Być może smakują pysznie przez dłuższy czas, ale mają na to marne szanse. Znikają błyskawicznie.


Uwagi:

- składniki słowo w słowo przepisałam z książki (nie zmieniałam także miar). Tam, gdzie wprowadziłam zmiany wyraźnie to zaznaczyłam;
- w odpowiedzi na jeden z komentarzy - moje ciasto po zagnieceniu było dosyć kruche, ale po schłodzeniu dało się rozwałkować bez trudu, użyłam całego żółtka, a nie połowy, jak to sugerują w książce. Może dlatego było mi łatwiej;
- ciasto jest niesłodkie, jeśli chcecie bardzo słodkich ciasteczek dodajcie do niego więcej cukru.
Beza oczywiście jest słodka:-)

sobota, 1 grudnia 2012

Jabłka zapiekane z kremem cytrynowym


Znacie Brunettiego? Nie? Koniecznie musicie poznać! Guido Brunetti jest komisarzem policji, mężem, ojcem, Włochem, ale przede wszystkim mieszkańcem Wenecji. Brunettiego stworzyła Donna Leon, Amerykanka od lat mieszkająca w Wenecji i pozostająca pod urokiem tego wyjątkowego miasta. Czasami zastanawiam się, czy bohaterem jej książek jest Guido, czy raczej samo miasto, które dzielny komisarz przy okazji każdego śledztwa przemierza wzdłuż i wszerz. Zachwyca się jego zabytkami, martwi zniszczeniami, komentuje w jaki sposób jest zarządzane, opowiada o pogodzie, kolorach, zapachach, atmosferze, cechach szczególnych mieszkańców. W trakcie swoich wędrówek często zagląda do kawiarni i restauracji, stara się też każdego dnia w porze obiadowej wrócić na obiad, przygotowany przez żonę.
W książkach Donny Leon je się dużo i smakowicie, a opisy posiłków są niezwykle sugestywne. To książki z gatunku takich, przy których szybko robię się głodna. Chyba zresztą nie tylko ja, bowiem autorka, odpowiadając na zainteresowanie czytelników, zdecydowała się uzupełnić serię o komisarzu Brunettim książka kucharską. Napisała ją wspólnie z Robertą Pianaro, która opracowała wszystkie przepisy. Książka niedawno ukazała się w języku polskim pod tytułem "Szczypta Wenecji, czyli ulubione dania komisarza Brunettiego". To z niej właśnie pochodzi przepis na dzisiejszy deser - jabłka pieczone przykryte smakowitym kremem i bitą śmietaną. Boskie!
Autorki sugerują, żeby deser podawać po schłodzeniu albo wręcz zamrożeniu. Owszem, jest bardzo smaczny, ale moim zdaniem równie dobry, a może nawet lepszy jest na gorąco. Zestawienie ciepłych jabłek i kremu fantastycznie współgra z zimną bitą śmietaną. W tej wersji można ją też zastąpić lodami. Polecam!



Jabłka:

4 jabłka odmiany golden delicious
2 łyżki stołowe cukru
2 szczypty cynamonu w proszku (u mnie to spora łyżeczka-D.)

Składniki kremu:

3 średniej wielkości żółtka
150 g cukru
szczypta soli
1 opakowanie cukru waniliowego (dałam ekstrakt-D.)
50 g mąki
odrobina skórki z cytryny
500 ml mleka

dodatkowo:

250 ml śmietanki tortowej (30-36%)


Jabłka obieramy ze skórki, kroimy na połówki i pozbawiamy gniazd nasiennych. Wkładamy do naczynia żaroodpornego, posypujemy cukrem wymieszanym z cynamonem i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 240°C na 20 minut (ja piekłam swoje jabłka w temp. 190°C - D.) Po upieczeniu jabłka zostawiamy do ostygnięcia.
Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę. Dodajemy sól, wanilię i mąkę, a następnie bardzo dokładnie mieszamy i zalewamy stopniowo, ciągle mieszając, gorącym mlekiem. Kiedy krem stanie się jednolity przelewamy go do nieprzywierającego naczynia, dodajemy skórkę z cytryny i gotujemy na średnim ogniu ciągle mieszając. Kiedy zgęstnieje wyjmujemy skórki i wylewamy gotowy krem na jabłka. Wkładamy ponownie do piekarnika i zapiekamy przez kilka minut w temp 240°C do momentu, aż krem zacznie lekko brązowieć. Odstawiamy do ostygnięcia. Ubijamy śmietanę i nakładamy na ostudzone jabłka. Schładzamy dalej albo podajemy od razu.  Smacznego!

piątek, 30 listopada 2012

Mini szarlotki


Coś zamiast szarlotki tradycyjnej. Małe, zgrabne babeczki z kruchego ciasta wypełnione nadzieniem jabłkowym. Delikatne i wilgotne, ale jednocześnie stabilne. W przeciwieństwie do tradycyjnej szarlotki łatwo je zabrać ze sobą. Długo utrzymują świeżość.


Składniki ciasta:

2 czubate szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki cukru pudru
1 kostka masła
2 żółtka

Nadzienie:

6 jabłek lub niewielki słoik jabłek prażonych
cukier do smaku
1 łyżeczka cynamonu

dodatkowo: białko do posmarowania babeczek

przepis na kilkanaście sztuk babeczek



Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto: mąkę siekamy z mocno schłodzonym masłem, dodajemy cukier, żółtka i zagniatamy szybko ciasto. Jeśli nie będzie chciało się zagnieść dodajemy odrobinę zimnej wody. Dzielimy na dwie części. Pierwszą część chowamy do lodówki. Drugą część ciasta rozwałkowujemy na grubość około 2 mm, a następnie kroimy na kawałki i wylepiamy lekko natłuszczone foremki do babeczek. Ja swoje babeczki zrobiłam w formie do muffinów. Formę/foremki z ciastem wkładamy do lodówki na minimum 1/2 godziny.
Jabłka obieramy, kroimy na niewielkie kawałki, a następnie prażymy na wolnym ogniu dodając odrobinę wody, aż zaczną się rozpadać. Słodzimy zależnie od upodobań. Dodajemy cynamon.
Schłodzone ciasto w foremkach zapiekamy w temperaturze 180°C przez około 15 minut, aż lekko się zezłoci.
Do zapieczonych babeczek wkładamy po 1 łyżce nadzienia jabłkowego. Resztę ciasta wyciągamy z lodówki, rozwałkowujemy na grubość około 2 mm, a następnie wycinamy przy pomocy szklanki kółka, którymi przykrywamy babeczki. Dokładnie dociskamy. Ze skrawków ciasta możecie zrobić ozdobne listki.
Babeczki smarujemy białkiem i wkładamy ponownie do piekarnika. Pieczemy w tej samej temperaturze około 15 minut.
Podajemy lekko ciepłe. Świetnie smakują również na zimno. Smacznego!



czwartek, 22 listopada 2012

Cynamonki i ja w TVP 2 :-)


Ostatnie dni nie były dla mnie normalne, ale przepis na blogu powinien się pojawić bez względu na emocje i okoliczności. Chociaż o tych ostatnich też będzie parę słów.
Ci, którzy śledzą mnie na Facebooku już wiedzą, że byłam we wtorek gościem Pytania na śniadanie w TVP2. Pozostałym chwalę się tu i teraz.
Filmik z rozmowy możecie zobaczyć TUTUTU.
Atmosfera w studio była fantastyczna, a prowadzący niezwykle życzliwi i przyjaźnie nastawieni. Przez moment zostaliśmy nawet jedną rodziną;-)
Bardzo miło było też widzieć, jak moje ciasta w 5 sekund po zniesieniu z planu znikają w tempie mocno przyspieszonym.
Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się nie spaść z krzesła i w ogóle cokolwiek powiedzieć, tym bardziej, że miałam za sobą 4 nieprzespane noce i ledwo patrzyłam na oczy. Jak zwykle w życiu, rzeczy miłe mieszają się z trudnymi i do emocji związanych z wizytą w TV dołączyły także nerwy związane z nagła i  poważną chorobą naszego ukochanego kociska. Prosto ze studia pognaliśmy więc robić kolejne kroplówki. Na szczęście nasza pani doktor wdrożyła kompleksowe leczenie, więc mam nadzieję, że idzie ku dobremu. Trzymajcie kciuki!

Dosyć jednak o moich prywatnych sprawach, ja tu przecież umieszczam przepisy ;-)

Dziś zapraszam na ciasteczka cytrusowo-cynamonowe. Przepis pochodzi z wydawnictwa Le Cordon Bleu. Stali czytelnicy wiedzą, że jeśli trafię na jakiś przepis z cynamonem muszę go wypróbować. Tak było i tym razem. Ciasteczka są świetne. Miękkie, smaczne i bardzo dekoracyjne. Polecam!



Składniki ciasta:

250g mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
duża szczypta gałki muszkatołowej
115 g masła o temperaturze pokojowej
175g cukru
1 jajko
1 żółtko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka drobno startej skórki pomarańczowej lub cytrynowej
2 łyżeczki cynamonu i 2 łyżeczki cukru - wymieszane, do obtaczania
(cynamonu, jak to ja, dałam 2 razy więcej)



Przesiewamy razem mąkę, sodę, sól i zmieloną gałkę. Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Jajko i żółtko lekko roztrzepujemy i stopniowo dodajemy do masy maślanej. Następnie dodajemy wanilię, skórkę cytrynową, a na koniec produkty suche. Dobrze mieszamy, przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na minimum 30 minut. Masa powinna zgęstnieć na tyle, żeby łatwo było formować ją w rękach.
Ze schłodzonej masy odrywamy niewielkie kawałki, robimy z nich kuleczki, a następnie obtaczamy je w cukrze i cynamonie, lekko spłaszczamy i układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Należy zachować odstępy pomiędzy ciasteczkami, w trakcie pieczenia urosną.
Ciasteczka pieczemy przez 12 minut, do momentu, gdy się zrumienią. Użyłam większej ilości cynamonu, dzięki czemu moje ciasteczka mają efektowne pęknięcia.
Cynamonki po kilku dniach tracą miękkość, ale ciągle są dobre. Smacznego:-)





środa, 14 listopada 2012

Ciasto marchewkowo-orzechowe bez tłuszczu


Może być też migdałowe. Ciasto jest bardzo lekkie, bo nie licząc tłuszczu zawartego w orzechach i śmietany w polewie nie zawiera go w ogóle. Ma też bardzo ciekawy smak. Szczególnie polecam go tym, którzy przyzwyczajeni są do cynamonowo-korzennych ciast marchewkowych. To jest zupełnie inne, świeże, delikatne i cytrusowe.
Przepis z jednego z moich ukochanych wydawnictw Australian Women's Weekly, z niewielkimi zmianami.



Składniki ciasta:

5 jaj (żółtka i białka osobno)
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny lub pomarańczy
1 i 1/4 szklanki drobnego cukru
2 szklanki drobno utartej marchewki
2 szklanki mąki orzechowej lub migdałowej
1/2 szklanki mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Składniki masy:

100 g kremowego serka
3-4 łyżki cukru
1/2 szklanki śmietany 36% (niekoniecznie)

Dodatkowo:

1/2 szklanki soku pomarańczowego
1 łyżka likieru pomarańczowego

przepis na kwadratową foremkę 22x22 cm





Żółtka ubijamy razem z cukrem i skórką na puszystą masę. Dodajemy marchewkę, mąkę orzechową/migdałową i przesianą z proszkiem mąkę pszenną. Mieszamy.
Białka ubijamy na sztywno. Dodajemy stopniowo do masy delikatnie mieszając.
Ciasto wykładamy do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C. Pieczemy przez około 75 minut. Moje ciasto było upieczone już po 60 minutach. Należy sprawdzić patyczkiem.
Upieczone ciasto studzimy, a następnie polewamy sokiem wymieszanym z likierem.
Serek kremowy mieszamy z cukrem, śmietanę ubijamy, całość mieszamy i wykładamy na wierzch ciasta.
Możemy ozdobić orzechami, migdałami lub skórką pomarańczową.
Smacznego!

Uwagi:

- w oryginalnym przepisie masa serowa składa się z 80 g masła wymieszanego z serkiem kremowym. Dla mnie wydawała się ona zdecydowanie za tłusta, więc masło zamieniłam na bitą śmietanę. Myślę, że z samym serkiem też byłoby ok;
- w oryginalnym przepisie nie ma też mowy o nawilżaniu ciasta. Sama je wymyśliłam, bo ze względu na brak tłuszczu w środku jest ono nieco suchawe, szczególnie pierwszego dnia.



poniedziałek, 12 listopada 2012

Ciasteczka czekoladowo-kokosowe


Mała przerwa w jabłkowym szaleństwie. Zapraszam na ciasteczka czekoladowe przekładane masą kokosową. Marzyły mi się takie ciasteczka już od dawna. Wymyśliłam sobie, że zrobię je z kokosem, ale ciągle dumałam nad tym jak zrobić masę kokosową bez dodawania do niej masła,  przy jednoczesnym zachowaniu gęstej i wilgotnej konsystencji masy. Wreszcie wymyśliłam i jestem zadowolona z efektu.
Trochę żałuję, że nie polałam ich dodatkowo czekoladą z wierzchu, byłyby jeszcze bardziej dekoracyjne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście Wy wykończyli je w ten właśnie sposób.



Składniki ciastek:

2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
3 czubate łyżki dobrego kakao
1 kostka schłodzonego masła
4 żółtka

Składniki masy:

200 g wiórków kokosowych
1 szklanka drobnego cukru (słodkolubni mogą dać nawet 1.5)
1 szklanka tłustego mleka
1 łyżeczka żelatyny
opcjonalnie można dodać 1 łyżkę rumu, dla przełamania smaku kokosowego

z podanego przepisu wychodzi około 20 szt średniej wielkości ciasteczek


Mąkę mieszamy z cukrem pudrem i kakao. Masło ścieramy na tarce o grubych oczkach, mieszamy z mąką, dodajemy żółtka i szybko zagniatamy ciasto. Gdyby nie chciało się zagnieść od razu można dodać łyżkę śmietany. Zrobione ciasto owijamy folią i odkładamy do lodówki na minimum 30 minut.
Wiórki kokosowe wraz z mlekiem i cukrem gotujemy w garnku przez około 10 minut, aż masa zgęstnieje.
Żelatynę zalewamy łyżeczką zimnej wody, aby napęczniała, a następnie rozpuszczamy w 2 łyżkach wrzątku i mieszamy z masą kokosową. Całość studzimy, a następnie schładzamy. Gotowa masa powinna być gęsta, ale nie powinna się kruszyć.

Schłodzone ciasto rozwałkowujemy na grubość około 3-4 mm, a następnie wykrawamy z niego ciasteczka. Moje zostały wykrojone dosyć szeroką szklanką, ale możecie użyć dowolnych foremek. Ważne, żeby liczba ciasteczek danego kształtu była parzysta. Ciastka układamy na wyłożonej papierem blasze. Można je układać całkiem blisko siebie, nie rosną. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180°C przez około 10 minut. Ciasteczka nie powinny być zbyt mocno wypieczone. Na ostudzone ciasteczka nakładamy łyżeczkę schłodzonego nadzienia i przyciskamy drugim ciasteczkiem tak, aby masa równomiernie się rozłożyła. Możemy jeść od razu albo odstawić ciasteczka na kilka godzin, będą bardziej miękkie.
Jak już wyżej wspomniałam można je też polać czekoladą, będą jeszcze bardziej dekoracyjne. Smacznego!


piątek, 9 listopada 2012

O "Słodkim" i o dzisiejszych czasach


W dzisiejszych czasach księgarnie pełne są pięknie wydanych książek kucharskich różnych telewizyjnych sław. Kto interesuje się kuchnią, a nie ma w biblioteczce jakiegoś Jamiego Olivera czy innej Marthy Stewart?

Żyjemy w czasach, gdy najlepiej sprzedają się książki kucharzy-celebrytów. A może należałoby powiedzieć książki firmowane przez kucharzy-celebrytów?  Ciekawy artykuł pod wiele mówiącym tytułem "I Was a Cookbook Ghostwriter" ukazał się niedawno w NewYorkTimes. Chętnych do przeczytania odsyłam tu, a tym, którzy nie znają angielskiego wyjaśniam, że ghostwriter to inaczej autor-widmo, czyli ktoś, kto za konkretne pieniądze pisze teksty publikowane potem pod nazwiskiem zleceniodawcy. Nie należy mylić tego z redagowaniem tekstu! Chodzi o tworzenie tekstu od początku do końca.
Artykuł mówi właśnie o tym, że  pisanie książek kucharskich na zlecenie jest w obecnych czasach wręcz normą. Jak się na tym zastanowić, to chyba rzeczywiście nie może być inaczej. Kucharz-celebryta spędza całe dnie na nagrywaniu kolejnych odcinków swoich programów, biega pomiędzy sesją zdjęciową, a kolejnym talk-show i w rezultacie okazuje się, że nie ma kiedy usiąść i zacząć pisać. Niekoniecznie też ma ku temu odpowiednie umiejętności.

Większość czytelników na ogół nie ma pojęcia o tym, że taki proceder ma miejsce, wielu z tych, którzy wiedzą niespecjalnie się temu dziwi uznając, że to znak dzisiejszych czasów, a tylko nielicznym przebiega przez głowę myśl, że może coś tu jest nie tak?
Na tle tych wszystkich sławnych nazwisk pojawiła się niedawno książka równie pięknie wydana, ale nie firmowana nazwiskiem ogólnoświatowej sławy kucharskiej. Mam oczywiście na myśli "Słodkie" Elizy Mórawskiej, szeroko znanej w blogosferze jako Liska.
Dziś wreszcie miałam okazję, żeby się z tą książką zapoznać.
Jakie są moje odczucia?
Może powinnam zacząć od tego, że nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś będę się zachwycała już tym, że autorem książki rzeczywiście jest osoba, której nazwisko widzę na okładce.
To wielka przyjemność wziąć w ręce książkę kucharską, która od początku do końca jest konkretną kreacją autora. Widzę w niej piękne zdjęcia Liski, czytam przepisy, które wiem, że sama opracowała. Czuję się zainspirowana. Tak jak na blogu.  Prawdziwie i "po liskowemu". To praktyczna książka, której format i sposób podawania przepisów będzie sprawdzał się w kuchni, ale też przyjemny i klimatyczny album, którym można się delektować siedząc na kanapie. No chyba że tylko ja lubię czytać książki kucharskie dla samej przyjemności jedzenia oczami.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się też trochę nie przyczepiła. Spodziewałam się, że książka będzie graficznie równie przejrzysta jak blog, a tymczasem jest delikatna, bardzo subtelna kolorystycznie, ale paradoksalnie zakłóca to momentami jej czytanie. Niektóre czcionki wydają mi się zbyt rozmyte, a tła z drobnym wzorkiem utrudniają nieco odbiór. Nie do końca podoba mi się też to, że część tekstu jest podkreślona, ale na szczęście występuje to w tekstach dodatkowych, nie w recepturach.
Ogólnie jednak książka jest piękna i bardzo się cieszę, że wreszcie została wydana. Gratuluję, Lisko i trzymam za Ciebie kciuki. To kiedy wychodzi "Słone"?;-)





środa, 7 listopada 2012

Drożdżowe z jabłkami


Dostaliśmy niedawno koszyczek wspaniałych jabłek prosto ze wsi. Były cudowne. Czerwone i niezwykle błyszczące, lekko różowe w środku. Nierówne, pokryte plamkami, niektóre robaczywe, wszystkie przepyszne. Oczywiście nie przyszłoby mi do głowy używanie ich do wypieków. Były tak smaczne, że nadawały się tylko do jedzenia. No może jeszcze do zdjęć, chociaż błyszczały tak, że trudno było ustawić aparat. Sprawiły jednak, że pomyślałam o tradycyjnych ciastach jabłkowych. Oprócz szarlotki niewątpliwie można to nich zaliczyć ciasto drożdżowe z jabłkami.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio takie piekłam.
Tym razem nie użyłam mojego zwykłego przepisu na drożdżówkę. Nieco go zmodyfikowałam zmniejszając udział masła w całym przedsięwzięciu. Odbyło się to z korzyścią dla zdrowia, ale nie jestem pewna, czy z wielką korzyścią dla smaku. Ciasto było pyszne, ale oczywiście z masłem byłoby lepsze.
Jak to szło? Najlepsze rzeczy w życiu są niemoralne, nielegalne albo szkodzą zdrowiu? ;-)






Składniki ciasta:


3 dag świeżych drożdży
3/4 szklanki mleka
1/2 laski wanilii
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
2 szklanki mąki

3/4 szklanki cukru
4 żółtka
1/2 szklanki oleju z pestek winogron lub innego o delikatnym smaku

Nadzienie:

4-5 dużych kwaśnych jabłek
cukier do posypania
cynamon

Kruszonka (opcjonalnie)*:

1/2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka masła

przepis na prostokątną, tzw dużą blachę, ja swoje ciasto upiekłam w dwóch tortownicach



Drożdże rozcieramy z łyżeczką cukru, zalewamy 2-3 łyżkami ciepłego (nie gorącego!) mleka, posypujemy łyżką mąki i odstawiamy do wyrośnięcia. Powinny się porządnie spienić. Resztę mleka podgrzewamy powoli wraz z przeciętą wzdłuż laską wanilii. Mąkę przesiewamy, dodajemy skórkę, resztę cukru. Gdy drożdże wyrosną dodajemy je do mąki wraz z żółtkami i mlekiem, z którego uprzednio wyjmujemy laskę wanilii. Wyrabiamy ciasto. Pod koniec wyrabiania dolewamy olej i jeszcze raz dokładnie wyrabiamy. Gotowe ciasto powinno być gładkie, lśniące i łatwo odchodzące od ręki. Odstawiamy je pod przykryciem na około 40-60 minut do wyrośnięcia.
W tym czasie obieramy jabłka, kroimy je na ósemki, a następnie posypujemy cukrem i cynamonem, żeby nabrały smaku. Robimy też kruszonkę wyrabiając wszystkie jej składniki razem do momentu uzyskania grudek.
Wyrośnięte ciasto przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy, a następnie wkładamy do niego gęsto cząstki jabłek. Jabłka warto włożyć jak najgłębiej, może się zdarzyć, że ciasto i tak je wypchnie na wierzch. Odstawiamy do ponownego wyrośnięcia na około 20 minut. Wyrośnięte ciasto posypujemy kruszonką, wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180°C i pieczemy przez około 30-40 minut. Sprawdzamy patyczkiem. Gotowe ciasto lekko studzimy i wyciągamy z formy. Najsmaczniejsze (chociaż niekoniecznie najzdrowsze) jest jeszcze lekko ciepłe. Smacznego!


*zamiast kruszonki można ciasto posypać płatkami migdałowymi, grubym cukrem albo po prostu posmarować białkiem, żeby się ładnie błyszczało po upieczeniu.


środa, 24 października 2012

Strudel jabłkowy krok po kroku



Dziś ciasto, do którego nie mogłam się zabrać przez bardzo długi czas. Bo skomplikowane, bo pracochłonne, bo łatwo o błąd. Tak myślałam. Na szczęście to wszystko okazało się być nieprawdą i oto jest! Strudel jabłkowy. Pyszny. Żałuję, że zrobiłam go tak późno.
Nie wiem czy to klasyczny strudel, bo bardzo trudno znaleźć na takowy przepis. To pewnie jak z naszym bigosem. Ile osób, tyle przepisów. Mój przepis na strudel powstał więc w wyniku licznych, mniej lub bardziej udanych eksperymentów. Nam smakował. Mam nadzieję, że Wam również będzie!



Składniki ciasta:

2 szklanki mąki pszennej
szczypta soli
1 mała łyżeczka cukru pudru
1 łyżka miękkiego masła
2 łyżki oleju
1 jajko
niewielka ilość zimnej wody

Składniki nadzienia:

1.5 kg kwaśnych jabłek
3-4 łyżki brązowego cukru (zależy od kwaśności jabłek)
1 duża łyżka cynamonu
1 łyżeczka skórki otartej z pomarańczy lub cytryny
garść mieszanych bakalii (rodzynki, orzechy włoskie, skórka pomarańczowa*)
1/2 kostki roztopionego masła
3-4 łyżki domowej, delikatnej bułki tartej

*jeśli dodajemy do nadzienia skórkę otartą z pomarańczy darujmy sobie dodawanie skórki kandyzowanej, bo będzie zbyt pomarańczowo

przepis na dwa długie strudle


Mąkę przesiewamy na stolnicę lub do dużej miski wraz solą i cukrem. Wbijamy jajko, dodajemy masło i olej i staramy się przy pomocy widelca lub noża połączyć składniki mokre z suchymi. Gdy ciasto zacznie się zbijać w grudki możemy przejść na ręczne zagniatanie. Gdyby nie chciało się łączyć dodajemy odrobinę wody. Ciasto nie zagniata się łatwo, trzeba trochę nad nim popracować, ale w miarę wyrabiania staje się coraz bardziej plastyczne. Gotowe ciasto nie powinno przyklejać się ani do rąk, ani do stolnicy i powinno być idealnie gładkie i zwarte. Odstawiamy je na minimum 30 minut przykryte szczelnie folią spożywczą.
W czasie gdy ciasto odpoczywa obieramy jabłka i kroimy je na cieniutkie plasterki. Najlepiej zapędzić do obierania jabłek rodzinę już w czasie gdy my zagniatamy ciasto, bo obranie i pokrojenie półtora kilograma jabłek to nie przelewki. No chyba, że macie odpowiednie maszyny do tego.
Jabłka mieszamy z cukrem, cynamonem, skórką i bakaliami. Odstawiamy pod przykryciem żeby puściły sok, a my rozpuszczamy w garnku masło, odstawiamy na bok i zabieramy się do wałkowania.
Na dużej stolnicy lub jeszcze lepiej na blacie rozsypujemy niewielką ilość mąki, układamy na niej połowę ciasta, a następnie staramy się je rozwałkować na prostokąt. Idealne ciasto na strudel powinno być bardzo, bardzo cienkie, niemal przezroczyste. Z tym ciastem jest to absolutnie wykonalne, bo nawet rozwałkowane niezwykle cienko nie klei się do podłoża i nie dziurawi, ale musimy poświęcić na to trochę czasu.
Tradycyjnie ciasto na strudel powinno się rozciągać delikatnie dłońmi. Jest to wyższa szkoła jazdy i nie czuję się na siłach, żeby rekomendować Wam metodę, w której mnie samej brakuje doświadczenia.
W każdym razie ciasto powinno być cieniutkie. Tutaj widać, jak prześwieca przez nie mój blat:



Gdy już je rozwałkowujemy odcinamy zbyt grube brzegi (przy cieście rozciąganym na dłoniach tych brzegów jest bardzo dużo). Ciasto smarujemy roztopionym masłem:



 posypujemy bułką tartą i wykładamy jabłka:



następnie zakładamy końce strudla do środka (z powodzeniem można zrobić jeszcze cieńsze marginesy):



i przystępujemy do zwijania, należy to robić dosyć ściśle:



Zwinięty strudel delikatnie przenosimy na blaszkę i smarujemy masłem również z wierzchu. Oczywiście obowiązkowo robimy za długi strudel, a następnie z trudem mieścimy go w poprzek na największej posiadanej formie. No risk, no fun:-)



Istnieje też druga metoda zwijania, moim zdaniem lepsza, otóż jabłka wykładamy tylko wąskim paskiem na cieście:


a następnie zwijamy całość owijając tym samym nadzienie ciastem dokoła. Ta metoda podoba mi się bardziej dlatego, że w środku strudla nie ma w ogóle ciasta i możemy się delektować samym nadzieniem okrytym cudownie wypieczonym, cieniutkim, układającym się w warstewki ciastem.
Gotowy strudel wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 190°C i pieczemy przez około 30-40 minut. Ciasto powinno się lekko zrumienić, ale nie oczekujcie brązowej skórki, w cieście prawie nie ma cukru. Po upieczeniu lekko studzimy, posypujemy cukrem pudrem i podajemy. Strudel najsmaczniejszy jest na gorąco, z dodatkiem bitej śmietany lub lodów.
Tak wygląda strudel zwijany jak rolada. Strudel, w którym ciasto jest dokoła nadzienia możecie zobaczyć na dwóch pierwszych zdjęciach na początku tego tekstu.


Uwagi:

-  spotkałam się również z przepisami na strudel z ciasta filo, a także z ciasta francuskiego. Gdybym miała wybierać gotowe ciasto raczej zdecydowałabym się na filo, francuskie jest moim zdaniem za ciężkie i za tłuste;
- wiele instrukcji sugeruje rozciąganie ciasta na ściereczce lub też przekładanie rozwałkowanego ciasta na ściereczkę, która potem przydaje się do zwijania strudla. Wydaje mi się, że ma to sens głównie w przypadku, gdy robimy bardzo gruby strudel o gigantycznych rozmiarach. Przy strudlu o rozmiarach przeciętnego piekarnika nie wydaje mi się to konieczne, ale zawsze możecie spróbować;
-prawie wszystkie przepisy każą używać bułki tartej do nadzienia, wydaje mi się, że trzeba jej użyć tylko w przypadku, gdy mamy mocno soczyste jabłka. Ja miałam akurat szarą renetę, która puściła bardzo mało soku. Do drugiego strudla nie dodałam bułki i okazało się, że nic się stało, ciasto nie rozmiękło;





niedziela, 21 października 2012

Ciasteczka z nutellą


Nigdy przepadałam za Nutellą, bo jak na mój gust jest po prostu o wiele za słodka. Nie zmienia to jednak faktu, że większość znanych mi dzieci Nutellę kocha i to z myślą o nich, w poszukiwaniu czegoś co może im posmakować, zrobiłam kiedyś te ciasteczka. Wyszły bardzo smaczne i dzięki nim odkryłam, że w wypiekach proszę bardzo - Nutellę nie tylko toleruję ale nawet bardzo lubię.
Ciasteczka powstały latem, ale z bliżej nieznanych przyczyn przypomniałam sobie o nich dopiero teraz, odnajdując zdjęcia. Czyżbym była roztargniona? Nieee, to przecież niemożliwe;-) W każdym razie uważam, że są idealną jesienną propozycją. Smacznego!



Składniki:

1/3 kostki masła
1/2 szklanki brązowego cukru
2/3 szklanki Nutelli (mowa o szklaneczkach, w których jest sprzedawana)
2 łyżki kakao
2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
opcjonalnie 1/2 tabliczki drobno pokrojonej gorzkiej czekolady

przepis na około 2 duże blachy ciasteczek


 Masło ucieramy na puch wraz z cukrem, dodajemy Nutellę. Mąkę przesiewamy z kakao, sodą i proszkiem a następnie mieszamy z masą maślano-nutellową. Ciasto powinno być na tyle gęste, żeby bez trudu zbijało się w kulki. Jeśli jest zbyt rzadkie należy dodać odrobinę mąki, jeśli za gęste łyżkę lub dwie mleka. Na końcu do ciasta dodajemy czekoladę (jeśli chcemy) i wkładamy całość na około 30 minut do lodówki, żeby masa zesztywniała. Ze schłodzonej masy odrywamy kawałeczki wielkości orzecha włoskiego, formujemy ręcznie kulki (masa powinna zachowywać się jak miękka plastelina), spłaszczamy je i układamy na wyłożonej papierem blaszce. Zachowujemy odstępy 3-4 cm, ciasteczka urosną. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy przez około 12-15 minut. Ciasteczka po upieczeniu powinny zostać na blaszce minimum 5 minut, do lekkiego ostudzenia, są bardzo delikatne, twardnieją w miarę stygnięcia.


Uwagi:

- nie pomyliłam się, w przepisie nie ma jajek:-)
- ciasteczka z tego przepisu nie są mocno słodkie, jeśli chcecie porządnie słodkie dodajcie szklankę cukru, a czekoladę zmieńcie na mleczną.



 
Design by Ciey based on Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes