poniedziałek, 31 grudnia 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!


Kochani, serdecznie dziękuję Wam za wspólnie spędzone chwile. Dla mnie to był szczęśliwy rok. Mam nadzieję, że dla Was też.
 Z całego serca życzę Wam, żeby nadchodzący 2013 obfitował w pomyślne dla Was przypadki i wydarzenia. Bądźcie, zdrowi, kochani, szczęśliwi i spełnieni. I oczywiście zaglądajcie tu do mnie :-)


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Boże Narodzenie




Spokoju, miłości, zdrowia i radości. Wypocznijcie i nacieszcie się domowym ciepłem!

sobota, 22 grudnia 2012

Sernik z żurawinami


Kremowa, delikatna masa waniliowa, a na wierzchu żurawiny z mocnym akcentem cytrynowym. Słodko-kwaśne sernikowe niebo, idealne na Święta.
Jak wiecie nie lubię spodów w sernikach i unikam ich o ile to możliwe, ale muszę powiedzieć, że w tym serniku spód by się przydał. Następnym razem będzie. Zrobię go z chrupiących płatków migdałowych.



Składniki ciasta:

1 kg tłustego sera sernikowego (minimum 15% tłuszczu)
1 szklanka cukru
2 łyżki ekstraktu waniliowego
5 jajek

Składniki polewy:

1 słoiczek żurawin
4 łyżki suszonej żurawiny
skórka otarta z 1 cytryny
2 łyżki soku z cytryny

przepis na tortownicę około 22-24 cm


Ser mieszamy z cukrem. Dodajemy ekstrakt i pojedynczo jajka. Wylewamy do tortownicy wyłożonej papierem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160°C na około 45 minut. Sernik powinien być ścięty tylko na brzegach, w środku powinien pozostać lekko galaretowaty.
Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia, a następnie schładzamy w lodówce przez kilka godzin.
Sernik jest bardzo delikatny, więc nie zdejmujemy z tortownicy obręczy dopóki sernik nie będzie dobrze schłodzony.
Żurawiny (obydwa rodzaje) podgrzewamy w rondelku przez około 5-7 minut, dodajemy cytryny, skórkę. Mieszamy. Studzimy. Ponieważ gotowe żurawiny mają różną zawartość cukru należy polewy spróbować i dodać do niej zależnie od potrzeb więcej cukru lub więcej cytryny. Masa powinna mieć zdecydowany kwaskowaty smak dla kontrastu z delikatnym, waniliowym i dosyć słodkim sernikiem.
Sernik wyciągamy z tortownicy, wierzch przykrywamy żurawinami. Podajemy.

wtorek, 18 grudnia 2012

Makowiec drożdżowy wersja relaks ;-)


Makowiec drożdżowy to zazwyczaj strucla. Powinna być piękna, równiutka, taka do zjedzenia na eleganckim talerzyku, w świątecznym stroju, przy suto zastawionym stole. Ma to oczywiście swój niezwykły urok i klimat. Pomyślałam sobie jednak, że nie każdy lubi ciasta wyglądające jak spod igły, nie każdy potrafi je wykonać i że może miło byłoby zrobić ciasto, które najlepiej smakuje gdy zjemy je w świąteczny poranek, w ulubionej flanelowej piżamie i popijemy kawą z wielkiego kubasa. To też przecież święta :-)


Składniki ciasta:


3/4 szklanki mleka
1/2 laski wanilii
40 dag mąki pszenej

2 łyżeczki drożdży instant
1/2 szklanki drobnego cukru
3 żółtka
1/3 kostki masła

Składniki nadzienia:

0.5 l mleka (do gotowania maku)
30 dag suchego maku

1 szklanka drobnego cukru
3 jajka
3 łyżki miodu
cukier z prawdziwą wanilią
10 dag migdałów
15 dag rodzynek

dodatkowo:

3/4 szklanki cukru pudru, 3 łyżki soku z cytryny, 2 łyżki wrzątku

przepis na dużą tortownicę, ok 28 cm


Mleko podgrzewamy mocno z laską wanilii, odstawiamy do przestygnięcia. Mąkę przesiewamy, dodajemy drożdże instant, cukier, lekko ciepłe mleko (już bez wanilii) i żółtka. Wyrabiamy ciasto. Gdy zaczyna odchodzić od ręki rozpuszczamy masło, studzimy i lekko ciepłe dodajemy do ciasta, ponownie wyrabiając. Gotowe ciasto powinno być lśniące, zwarte i łatwo odchodzące od ręki. Odstawiamy do wyrośnięcia.


Mak gotujemy w mleku przez ok 15 minut. Studzimy, cedzimy. Lekko ciepły mielimy w maszynce trzykrotnie dodając przy okazji cukier. Dodajemy żółtka, miód, wanilię, bakalie, a następnie rozpuszczone masło. Z białek ubijamy pianę i delikatnie mieszamy z masą.

Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części. Jedną z nich rozkładamy na dnie wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy. Wykładamy nadzienie makowe, a następnie przykrywamy je drugą częścią ciasta. Ponieważ ciasto drożdżowe niezwykle się klei dobrze pomagać sobie dłońmi zmoczonymi w wodzie lub oleju. Odstawiamy do wyrośnięcia na około 20 minut, a następnie pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180°C przez około 40 minut. Ja przy pieczeniu swojego ciasta popełniłam błąd, wyciągnęłam je zbyt wcześnie i niestety, środek nieco opadł. Nie miało to wpływu na smak, ale na wygląd niestety tak. Jeśli więc górna część ciasta wydaje się Wam zrumieniona zbyt mocno przykryjcie ją folią aluminiową i dopieczcie ciasto.
Gotowe ciasto odstawiamy do ostudzenia. Wszystkie składniki lukru ucieramy, powinien być dosyć gęsty. Jeśli jest zbyt rzadki dodajemy więcej cukru, jeśli zbyt gęsty - wody. Polewamy ciasto. Podajemy.
Smacznego!


Uwagi:

- zamiast zwykłego maku możecie użyć maku mielonego na sucho, nie musicie wtedy mielić maku, wystarczy  go namoczyć w mleku;
- z tego przepisu możecie też oczywiście zrobić struclę. Wystarczy rozciągnąć ciasto na stolnicy, posmarować makiem i zwinąć. Czas pieczenia jest taki sam.

sobota, 15 grudnia 2012

Piernik żytni z prażonej mąki


Ten piernik to właściwie sam miód i mąka żytnia. Żadnej mąki pszennej, żadnego cukru. Zrobiłam go już ponad tydzień temu, ale ponieważ wydał mi się nieco gumowy w konsystencji nie umieszczałam go na blogu. Stwierdziłam, że potrzymam go trochę w spiżarni i zobaczę, jak będzie smakował za parę dni. Spróbowałam dziś i okazało się, że piernik jest świetny! Idealnie miękki, zniknęła gdzieś gumowatość, za to na pierwszy plan wybijają się przyprawy korzenne. Pyszny. Jeśli więc chcecie upiec go na święta musicie zrobić to TERAZ! Nie ma chwili do stracenia, ten piernik potrzebuje 7-10 dni, żeby nabrać smaku.

Przepis z moimi małymi zmianami z Kuchni kresowej z Podlasia Adrianny Ewy Stawskiej. Książka jest cudowną kopalnią przepisów podlaskich ale niestety, jej sponsorem był chyba producent pewnej znanej margaryny, bo wetknięto ją wszędzie, również do tego piernika, co uważam za rodzaj kulinarnej profanacji.



Składniki:

50 dag mąki żytniej (u mnie typ 720)
50 dag miodu płynnego
1 łyżka spirytusu
2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
3 łyżki przyprawy do pierników (domowej, jeśli chcecie użyć gotowej wsypcie jej co najmniej 1.5 torebki)
2 łyżeczki sody
szczypta soli
2 łyżki miękkiego masła

przepis na dwie keksówki


Mąkę zrumieniamy w piekarniku lub na patelni. Trzeba uważać, żeby jej nie przypalić, szczególnie na patelni trzeba ją często mieszać. Mąka powinna nabrać lekko złotego koloru. Jeszcze ciepłą mąkę mieszamy z przyprawami, sodą, a następnie łączymy z miodem, masłem i alkoholem. Ciasto powinno się dać łatwo wyrobić. Gotowe wkładamy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia, wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C i pieczemy przez około 50-60 minut. Sprawdzamy patyczkiem. Niech Was nie zwiedzie przyjemnie przypieczona skórka, mąka żytnia naprawdę potrzebuje sporo czasu, więc ciasto powinno się piec długo. Moje było gotowe dopiero po godzinie.
Po upieczeniu piernik studzimy, a następnie owijamy w folię i zapominamy o nim na co najmniej tydzień. Gotowy możemy polukrować, ale mnie szkoda było psuć żytnio-miodowy smak warstwą cukru. Smacznego!


Zakupy przedświąteczne - poradnik dla zagubionych;-)


Na pomysł tego wpisu wpadłam po spotkaniu z pewną miłą panią w pewnym średnio miłym i niezwykle zatłoczonym hipermarkecie. Pani stała przed regałem z przyprawami do piernika i próbowała cokolwiek wybrać. Gdy z rezygnacją na twarzy złapała najgorszą przyprawę (składającą się z głównie z cukru, mąki i kakao) nie wytrzymałam i wskazałam, którą i dlaczego lepiej byłoby kupić. Pani omal nie rzuciła mi się na szyję ;-) Pomyślałam wtedy, że ktoś, kto na co dzień nie robi zakupów do wypieków może się czuć kompletnie zagubiony wobec mnogości towarów i może w związku z tym warto napisać w paru punktach, na co zwracać uwagę.
Poradnik bazuje oczywiście głównie na moim doświadczeniu i zamiłowaniu do używania w kuchni jak najbardziej prawdziwych produktów. Gorąco zapraszam do dodawania do niego swoich uwag.


Przyprawy do piernika:

O przeglądzie przypraw pisałam już tutaj. Teraz wspomnę tylko, że w przyprawie najważniejsze są ... przyprawy, tak więc lepiej trzymać się z daleka do torebeczek, w których na pierwszych miejscach w składzie jest mąka, cukier, kakao. Zawsze też możecie zrobić przyprawę sami. Nie trzeba do tego nawet własnego młynka, większość składników możecie kupić już zmielonych. O tym jak zrobić przyprawę napisałam tu.

Ser do sernika:

Jeśli używacie sera w wiaderku koniecznie sprawdźcie jego skład! Często okazuje się, że oprócz sera mamy w wiaderku substancje zagęszczające i szereg innych dziwnych dodatków, które zapewniam, nie dodadzą ani smaku, ani nie poprawią wyglądu waszych wypieków. Warto też patrzeć na zawartość tłuszczu. Jeśli chcecie zrobić sernik tradycyjny lub amerykański warto użyć porządnego, tłustego (powyżej 15%), gęstego sera. Można wtedy ominąć dodawanie masła w przepisie, a sernik wyjdzie świetny. O tym co to jest sernik amerykański i jak go upiec pisałam już tu.

Masło:

Pisałam o tym wielokrotnie: do wypieków używam masła. To ono gwarantuje smak, zapach, właściwą konsystencję. Jeśli przepis na to pozwala zdarza mi się zamiast niego dawać olej lub oliwę, ale nigdy nie używam margaryny. Margaryny do pieczenia to sztucznie utwardzany tłuszcz, często zawierają szkodliwe tłuszcze trans, a do tego smakują okropnie. O tym, jak kupić dobre masło możecie przeczytać tu. Wbrew pozorom nie wystarczy sprawdzić, że ma 82% tłuszczu!

Wanilia:

Gorąco zachęcam do korzystania z prawdziwej wanilii. To coś zupełnie innego niż wszechobecny cukier wanilinowy. Pisałam o tym szerzej tu. Z prawdziwej wanilii można łatwo zrobić świetny ekstrakt, cukier waniliowy, wysuszoną można zmielić na proszek, a świeżą dodawać do ciasta wyciskając z niej miąższ jak z tubki. To fantastyczna przyprawa i zauważyłam, że coraz częściej pojawia się w sklepach. Kiedyś cukier z prawdziwą wanilią miała w swojej ofercie tylko jedna firma, teraz zaczyna się pojawiać więcej marek. Dodatkową świetną informacją jest to, że wanilia zaczyna wreszcie normalnie kosztować. Kiedyś tanią wanilię (laska za około 3 zł) można było kupić tylko w internecie. Teraz widuję ją w takich cenach również w zwykłych sklepach. Super!

Marcepan:

Pisałam o nim szerzej tu, pod linkiem znajdziecie też przepis na domowy marcepan, a teraz tylko wspomnę, że jeśli nie chcecie/nie macie czasu na robienie własnego koniecznie przeczytajcie ulotkę przed kupnem gotowego! Idealnie byłoby, gdyby zawierał minimum 50% migdałów. Jeśli traficie na taki, który ma migdałów kilkanaście procent darujcie sobie zakup, to nie będzie smaczne. To będzie obłędnie słodkie.
Sprawdźcie też skład pod kątem innych dziwnych substancji, widziałam już marcepan z ziemniaków :-)

Mak:

Doskonale rozumiem że nie każdy ma czas, siły i możliwości, żeby kupić tradycyjne ziarna maku, a następnie  przekręcać je pracowicie przez maszynkę. Pewnie stąd wielka popularność mas do makowca w puszce. Nawet ja sama mam na blogu jeden przepis z użyciem takiej masy. Nie znaczy to jednak, że jestem ich wielką zwolenniczką. Spójrzcie bowiem na etykietę. Taka masa zawiera na ogół mnóstwo cukru, sztuczny miód, a to wszystko okraszone jest tłuszczem roślinnym. Czy to są składniki pysznego domowego makowca? Nie martwcie się jednak, jest alternatywa. W sklepach można kupić mak mielony na sucho. Taki mak wystarczy zalać gorącym mlekiem, poczekać chwilę, żeby napęczniał i już można go używać! Dodajemy więc do niego miód, bakalie i wszystkie pyszne składniki, bez których aromatyczny makowiec nie może się obejść i farsz jest gotowy. Różnica w smaku jest kolosalna, a przygotowanie masy nie zabiera dużo więcej czasu niż otworzenie puszki.
Dla pewności dodam, że nie podpisałam żadnego kontraktu reklamowego z żadnym producentem mielonego maku i sama zwykle mielę zwykły mak trzykrotnie bo taki w dalszym ciągu smakuje mi najbardziej :-)

Cukier:

Święta to czas wypieków z lukrem, do jego zrobienia potrzebujemy cukru pudru. Bądźcie ostrożni wybierając ten w torebkach papierowych. Często zdarza się, że w środku jest mocno zbrylony. Dużo lepiej sprawdza się cukier sprzedawany w torebkach foliowych. Jeśli myślicie, że czytanie etykiety na cukrze nie jest potrzebne jesteście w błędzie! Nie dalej jak kilka miesięcy temu udało mi się kupić cukier z dodatkiem mąki ziemniaczanej! Etykiety trzeba czytać na wszystkim.

Jajka:

Mam nadzieję, że wiecie, że na jajkach patrzymy nie na to, co jest napisane na opakowaniu (tam zawsze są napisane peany na cześć tego, co w środku)  tylko na to, co napisane jest na jajku? Jeśli numerek na nim zaczyna się od cyfry 0, 1 lub ostatecznie 2 kupujemy. Jeśli jest to trójka nie kupujemy! Kiedyś napiszę o tym szerzej, teraz odsyłam Was do sieci. Ot choćby tu.

wtorek, 11 grudnia 2012

Tort makowo-migdałowy z wiśniami


Dziś będzie uroczyście, świątecznie, a przede wszystkim smacznie. Dotychczas nie byłam wielbicielką tortów makowych, może dlatego, że kojarzyły mi się z ciężkimi tradycyjnymi tortami? A może dlatego, że mak dotychczas zarezerwowany był w mojej głowie jak nadzienie do makowca, bo u nas nigdy nie robiło się z okazji świąt tortów?
W każdym razie spróbowałam zrobić go dopiero teraz i bardzo się cieszę, że w końcu się zdecydowałam!
Tort jest ciężki, ale trudno żeby tort z dużą zawartością maku taki nie był. Dopasowałam do niego aksamitny migdałowy krem, a żeby zrównoważyć czymś smak dołożyłam wspaniałe, lekko kwaśne wiśnie prosto z pysznej domowej konfitury. Smakuje świetnie. To doskonała alternatywa dla tradycyjnego makowca. Szczególnie dla tych, którzy nie lubią tzw ciast mącznych, bo ten tort to właściwie sam cięzki i wilgotny mak przekładany kremem. Polecam!



Składniki ciasta:

30 dag zmielonego na sucho maku
ok 1 szklanka mleka
100 g masła
1 i 1/2 szklanki cukru pudru
5 jajek

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
4 łyżki kaszy manny

1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
1 łyżka ekstraktu waniliowego

Składniki masy:


5 żółtek
4 łyżki mleka
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 szklanka cukru pudru
250 g serka mascarpone
20 dag pokruszonych płatków migdałowych

3 łyżki amaretto

dodatkowo:

mały słoik dobrej jakości konfitury z wiśni

przepis na tortownicę 21 cm


Mielony mak (można taki kupić w sklepie) zalewamy gorącym mlekiem. Odstawiamy, żeby napęczniał i ostygł. Masło ucieramy wraz z 1 szklanką cukru pudru na puch. Dodajemy stopniowo żółtka, a następnie ostudzony mak, kaszę mannę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, ekstrakt i skórkę z cytryny.
Białka ubijamy na sztywno, a następnie dodajemy do nich pozostały cukier i jeszcze raz ubijamy. Piana nie musi być bardzo sztywna, jak na bezę. Pianę dodajemy delikatnie do masy makowej, a następnie przekładamy całość do tortownicy i wkładamy do piekarnika. Pieczemy przez około 60 minut w temperaturze 170°C. Sprawdzamy patyczkiem. Nie otwieramy piekarnika w początkowej fazie pieczenia!
Po upieczeniu ciasto odstawiamy do ostygnięcia i wyjmujemy z formy dopiero gdy jest zimne.

Żółtka mieszamy w garnku z mlekiem, mąką kukurydzianą i cukrem pudrem. Nie ubijamy! Stawiamy na słabym ogniu i nieustająco mieszając podgrzewamy masę do momentu gdy stanie się mocno gorąca i zacznie gęstnieć. Należy pilnować, żeby masa się nie zagotowała, bo zrobi nam się słodka jajecznica.
Gotowy krem odstawiamy do ostygnięcia.

Ostudzone ciasto dzielimy na 2 lub 3 równe części. Ciasto jest ciężkie, trzeba uważać, żeby krążki nie pękały.
Krem mascarpone ubijamy krótko w mikserze. Dodajemy do niego stopniowo ostudzony krem (masy powinny mieć taką samą temperaturę) i delikatnie mieszamy na wolnych obrotach. Na końcu dodajemy alkohol i pokruszone migdały.
Przekładamy blaty masą, dodając do każdej warstwy wiśnie z konfiturą i odstawiamy tort do lodówki. Przed podaniem ozdabiamy cukrem pudrem i konfiturą z wiśni. Tort najsmaczniejszy jest gdy się nieco przegryzie (minimum kilka godzin).

Uwagi:

- najlepiej sprawdzą się nie przesłodzone konfitury, jeśli ich nie macie użyjcie dżemu z gorzkich pomarańczy;
- jeśli wolicie cięższe w smaku kremy możecie mascarpone zamienić na masło. Krem będzie tak samo tłusty, ale jeszcze bardziej aksamitny w smaku. Jeśli wolicie lżejsze kremy zastąpcie mascarpone śmietaną 36%, ale musicie bardzo uważać przy mieszaniu, taka masa lubi się owarzyć;
-torty piekę zazwyczaj równocześnie w dwóch takiej samej wielkości tortownicach. Łatwiej i szybciej można przekroić jeden niski blat na dwie równe części, niż kroić wyższy 4;
- uprzedzając Wasze pytania - gotowa masa makowa zdecydowanie nie nadaje się do tego tortu.


niedziela, 9 grudnia 2012

Jak kupić dobre masło?


Znacie odpowiedź na to pytanie?
Zdarzyło Wam się przynieść do domu coś, co zdecydowanie odbiegało od Waszego wyobrażenia o maśle?

Postanowiłam zebrać trochę informacji na ten temat i podzielić się tym, co zdołałam ustalić.

Zacznijmy może od tego, co to jest prawdziwe masło?
Prawdziwe masło składa się z otrzymywanego ze śmietany tłuszczu mlecznego i powinno go mieć nie mniej niż 82% (nieco inne normy tłuszczowe obowiązują masło śmietankowe).

Jakie są najczęstsze grzechy producentów masła?

Dodawanie tłuszczu roślinnego. Często na maśle możemy znaleźć informację, że zawiera ono 82% tłuszczu. Wydaje nam się, że znaleźliśmy prawdziwe masło, tymczasem okazuje się, że część tego tłuszczu to nie tłuszcz mleczny, tylko tani  (często niezdrowy) tłuszcz pochodzenia roślinnego. Dla producenta czysty zysk, dla nas strata.

Wprowadzające w błąd oznaczenia na opakowaniach.
Lista nieprawidłowości wydaje się być nieskończona. Przede wszystkim wszyscy próbują udawać, że produkują prawdziwe masło i nazwa ta przewija się w różnych formach na opakowaniu. Mamy więc papierki do złudzenia przypominające opakowanie masła ekstra, tylko niknie gdzieś napis "masło", mamy różne "łatwe do smarowania masła", które z prawdziwym masłem nie mają nic wspólnego, nie wspominając już o sławetnych osełkach, które wizualnie sprawiają wrażenie smakowitego masła, a w praktyce często okazują się być marnej jakości mieszanką tłuszczu zwierzęcego z roślinnym.

Tutaj rodzi się pytanie:

Jak rozpoznać dobre masło?

Przyznam, że zadanie jest wyjątkowo trudne. Mam wrażenie, że nawet ekspert z branży mleczarskiej miałby problem z bezbłędną oceną, ale nie dajmy się zwariować. Oto punkty, które udało mi się ustalić:


  • Czytajmy etykietę! Nie wystarczy informacja, że masło zawiera 82% tłuszczu. Musimy się także dowiedzieć, skąd tłuszcz pochodzi. Jeśli producent unika informacji na ten temat nie wkładajmy takiego masła do koszyka. Uczciwi producenci nie wstydzą się napisać, że ich produkt powstał ze śmietany.


  • Spójrzmy na cenę! Dobre, rzetelnie zrobione masło nie będzie tanie. Jeśli mamy przed oczami kostkę masła, która ma 200 g i kosztuje 3 zł darujmy sobie trud szukania na niej informacji nt. składu, nie wspominając już nawet o wkładaniu do koszyka.


  • Dotknijmy masła! Jeśli masło w sklepowej lodówce jest miękkie możemy mieć pewność, że nie składa się tylko z tłuszczu mlecznego. Tłuszcz mleczny bowiem pod wpływem zimna twardnieje i wymaga dłuższej chwili w temperaturze pokojowej żeby zmiękł. Prawdziwe zimne masło kruszy się, a nie ugina pod wpływem nacisku.


  • Spójrzmy na kolor masła! Prawdziwe masło ma bardzo blady, kremowy kolor. Jeśli widzimy coś w kolorze radosnej żółci nie wkładajmy tego do koszyka.


  • Jeśli zaryzykowaliśmy kupno podejrzanego masła możemy też bardzo łatwo przetestować je w domu. Osoby o wrażliwym smaku od razu po spróbowaniu będą wiedzieć, co masłem jest, a co nie. Jeśli jednak w dalszym ciągu nie jesteście pewni dowiecie się używając masła do wypieków. Taki test obnaży jego wady w bardzo szybkim tempie. Ileż razy zdarzyło mi się kląć, gdy odkrywałam że "masło" rozpuszczane z zamiarem użycia na przykład w maślanym cieście drożdżowym zaczyna wydzielać jakiś dziwny roślinny zapach i cudownie się rozwarstwia. Na "maśle" pewnej bardzo popularnej sieci upiekłam kiedyś kruche ciasteczka. Jakież było moje zdumienie, gdy zaniepokojona dziwnym zapachem zajrzałam do piekarnika i odkryłam, ze z kruchego ciasta wypływa jakiś paskudny żółty tłuszcz. To problemy, które w przypadku użycia prawdziwego masła nie mają prawa się zdarzyć. Prawdziwe masło po roztopieniu pięknie pachnie i pojawia się na nim dużo białego osadu.  

zdjęcia kostek masła ze strony www.leclerc.com.pl




Przyprawa do pierników


Pamiętacie mój tekst o przyprawach do pierników? Gorąco zachęcam do przypomnienia go sobie przed zakupami świątecznymi. Warto też poczytać komentarze, w których są różne Wasze cenne uwagi.
Dziś małe uzupełnienie, przepis na moją własną, domową przyprawę. Robię ją od dawna, nie wiem czemu dotychczas nie zamieściłam receptury, już to naprawiam.



Składniki:

12 łyżeczek cynamonu
5 łyżeczek imbiru
5 łyżeczek goździków
3-4 łyżeczki kardamonu
1 i 1/2 łyżeczki ziela angielskiego
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/3 łyżeczki kolendry
1/3 łyżeczki czarnego pieprzu

można dodać również:

1/2 łyżeczki anyżu
1/3 łyżeczki kminku
1/4 łyżeczki gorczycy

a także:
suszoną skórkę z cytryny lub pomarańczy

Wszystkie przyprawy mielimy razem lub ucieramy w moździerzu. Wielbiciele przypraw idealnie gładkich przesiewają swoją przyprawę przez sitko. Ja lubię gdy w trakcie jedzenia piernika trafiam się na jakiś aromatyczny malutki (naprawdę malutki) kawałek, więc na ogół swojej nie przesiewam.
Gotową przyprawę zamykamy szczelnie w słoiku. Może tak stać przez długie miesiące.
Dobrze byłoby użyć do niej świeżych, nie zmielonych przypraw, będzie bardziej aromatyczna.

To moja wersja przyprawy stworzona na podstawie prób i błędów. Gorąco zachęcam Was do stworzenia swojej wersji. Próbujcie, smakujcie. Dobrym momentem na sprawdzenie, czy przyprawa nam odpowiada jest początek większości przepisów na pierniki i pierniczki, czyli rozpuszczenie przyprawy w miodzie. Spróbujcie takiego aromatycznego miodu gdy lekko przestygnie i doprawcie go według własnego pomysłu. Powodzenia!

czwartek, 6 grudnia 2012

Krajanka owsiano-żurawinowa z białą czekoladą


Witajcie w Mikołajki! 6 grudnia to dzień, od którego zaczynam odliczać dni do Bożego Narodzenia.  Po lewej stronie możecie zobaczyć mój torcik mikołajkowy wraz z linkiem do przepisów świątecznych, a w najbliższych dniach postaram się przedstawić parę przepisów świątecznych. Na razie zdradzę, że w spiżarni pachnie mi już obłędnie i czeka na sfotografowanie pewien Pan Piernik.
Mój dzisiejszy przepis też pachnie już zimą i świętami.


Składniki ciasta:

I warstwa
1 i 1/2 szklanki mąki
1/2 kostki schłodzonego masła
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 żółtka
odrobina zimnej wody (jeśli będzie potrzebna)

II warstwa
1/2 kostki miękkiego masła
1/2 szklanki jasnego brązowego cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 i 1/2 szklanki płatków owsianych
1/2 szklanki mąki
1/2 szklanki suszonych żurawin
słoiczek żurawin
tabliczka białej czekolady

przepis na blaszkę o wymiarach około 24x24 cm


Ze składników pierwszej warstwy wyrabiamy kruche ciasto: mąkę przesiewamy z cukrem pudrem, siekamy z masłem, dodajemy ekstrakt i żółtka i zarabiamy szybko zwarte ciasto. Rozwałkowujemy je na rozmiar dna blaszki, a następnie układamy na wysmarowanej lub wyłożonej papierem blaszce i wkładamy do lodówki na minimum 30 minut. Po upływie tego czasu pieczemy w temperaturze 180°C przez około 20 minut, do zezłocenia.
Miękkie masło z warstwy II ucieramy na puch wraz z cukrem i ekstraktem. Dodajemy stopniowo mąkę i płatki. Masa będzie się robiła coraz bardziej gęsta. Na końcu dodajemy suszone żurawiny i posiekaną na kawałki białą czekoladę. Żurawiny ze słoiczka rozsmarowujemy na podpieczonym cieście, przykrywamy masą maślano-owsianą. Wkładamy ponownie do piekarnika (temperatura bez zmian) i pieczemy jeszcze przez około 30 minut. Kroimy po lekkim ostudzeniu.



Uwagi:

- ciasto jest umiarkowanie słodkie, główna słodycz pochodzi od białej czekolady i suszonej żurawiny. Jeśli lubicie naprawdę słodkie ciasta proponuję do pierwszej i drugiej warstwy dać szklankę cukru;
- górna część krajanki może się lekko osypywać.






niedziela, 2 grudnia 2012

Nerwuski czekoladowe


Powoli wchodzimy w klimaty świąteczne. Ubrałam już blog w świąteczne ubranko i zapraszam na pyszne, choć niepozornie wyglądające ciasteczka idealnie pasujące do świątecznej, zimowej pory. Wyglądają na dosyć spore i masywne, a są lekkie i delikatne jak chmurki. Kryją w sobie wyjątkowe połączenie ciasta czekoladowego i bezy. Pyszne. 
Przepis na nie znalazłam w książce "Fika", którą kupiłam...w Ikea. To najlepszy dowód na to, że maniak kulinarny książkę z przepisami wypatrzy wszędzie. Nawet w sklepie meblowym.
Książka jest bardzo sympatyczna, zawiera całkiem sporo przepisów na różne skandynawskie wypieki. Tłumaczowi (a pewnie i autorom) dopisywała fantazja, bo wypieki mają bardzo oryginalne nazwy. Oprócz dzisiejszych nerwusków robiłam już też na przykład malinowe jaskinie. 
Przepis z moimi niewielkimi zmianami.



Składniki ciasta:

225 ml mąki pszennej
50 ml kakao
100 g masła
50 ml cukru pudru
1/2 żółtka (dałam całe)

Nadzienie:

białko z jajka
100 ml cukru pudru (dałam 150)
dodatkowo dałam ekstrakt waniliowy i garść migdałów pokrojonych w słupki

przepis na około 20 ciastek


Przesiewamy mąkę razem z kakao i cukrem. Dodajemy masło, żółtko i zagniatamy ciasto. Ciasto zagniata się łatwo i szybko. Gotowe owijamy folią i wkładamy do lodówki na minimum 1 godzinę. Gotowe ciasto rozwałkowujemy na równy prostokąt. Powinno mieć grubość około 1 mm.
Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy cukier i ponownie ubijamy na bardzo sztywno. Na końcu dodajemy ekstrakt i delikatnie mieszamy. Masą bezową smarujemy rozwałkowane ciasto, posypujemy migdałami, a następnie zaczynając od dłuższego boku zwijamy ciasto delikatnie w luźną roladę. Autorzy książki sugerują, żeby zwinięte ciasto schładzać przez 15 minut i dopiero potem kroić je w plastry o szerokości 1 cm, ale ja pominęłam ten etap i pokroiłam ciasto od razu. Plasterki ciasta układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Nie przejmujemy się tym, że plasterki rozjeżdżają się nam w palcach, tak ma być. Ciasteczka po wyrośnięciu będą miały nieregularne kształty. Moje są i tak bardziej regularne i niż te na zdjęciu w książce. Autorzy sugerują pieczenie w temperaturze 175°C przez 10-12 minut. Moje ciastka po tym czasie były jeszcze surowe, więc piekłam je przez kolejne 10 minut. Zdejmujemy z formy dopiero jak są wystudzone.
Pyszne zaraz po upieczeniu, ale też przez 2 kolejne dni. Być może smakują pysznie przez dłuższy czas, ale mają na to marne szanse. Znikają błyskawicznie.


Uwagi:

- składniki słowo w słowo przepisałam z książki (nie zmieniałam także miar). Tam, gdzie wprowadziłam zmiany wyraźnie to zaznaczyłam;
- w odpowiedzi na jeden z komentarzy - moje ciasto po zagnieceniu było dosyć kruche, ale po schłodzeniu dało się rozwałkować bez trudu, użyłam całego żółtka, a nie połowy, jak to sugerują w książce. Może dlatego było mi łatwiej;
- ciasto jest niesłodkie, jeśli chcecie bardzo słodkich ciasteczek dodajcie do niego więcej cukru.
Beza oczywiście jest słodka:-)

sobota, 1 grudnia 2012

Jabłka zapiekane z kremem cytrynowym


Znacie Brunettiego? Nie? Koniecznie musicie poznać! Guido Brunetti jest komisarzem policji, mężem, ojcem, Włochem, ale przede wszystkim mieszkańcem Wenecji. Brunettiego stworzyła Donna Leon, Amerykanka od lat mieszkająca w Wenecji i pozostająca pod urokiem tego wyjątkowego miasta. Czasami zastanawiam się, czy bohaterem jej książek jest Guido, czy raczej samo miasto, które dzielny komisarz przy okazji każdego śledztwa przemierza wzdłuż i wszerz. Zachwyca się jego zabytkami, martwi zniszczeniami, komentuje w jaki sposób jest zarządzane, opowiada o pogodzie, kolorach, zapachach, atmosferze, cechach szczególnych mieszkańców. W trakcie swoich wędrówek często zagląda do kawiarni i restauracji, stara się też każdego dnia w porze obiadowej wrócić na obiad, przygotowany przez żonę.
W książkach Donny Leon je się dużo i smakowicie, a opisy posiłków są niezwykle sugestywne. To książki z gatunku takich, przy których szybko robię się głodna. Chyba zresztą nie tylko ja, bowiem autorka, odpowiadając na zainteresowanie czytelników, zdecydowała się uzupełnić serię o komisarzu Brunettim książka kucharską. Napisała ją wspólnie z Robertą Pianaro, która opracowała wszystkie przepisy. Książka niedawno ukazała się w języku polskim pod tytułem "Szczypta Wenecji, czyli ulubione dania komisarza Brunettiego". To z niej właśnie pochodzi przepis na dzisiejszy deser - jabłka pieczone przykryte smakowitym kremem i bitą śmietaną. Boskie!
Autorki sugerują, żeby deser podawać po schłodzeniu albo wręcz zamrożeniu. Owszem, jest bardzo smaczny, ale moim zdaniem równie dobry, a może nawet lepszy jest na gorąco. Zestawienie ciepłych jabłek i kremu fantastycznie współgra z zimną bitą śmietaną. W tej wersji można ją też zastąpić lodami. Polecam!



Jabłka:

4 jabłka odmiany golden delicious
2 łyżki stołowe cukru
2 szczypty cynamonu w proszku (u mnie to spora łyżeczka-D.)

Składniki kremu:

3 średniej wielkości żółtka
150 g cukru
szczypta soli
1 opakowanie cukru waniliowego (dałam ekstrakt-D.)
50 g mąki
odrobina skórki z cytryny
500 ml mleka

dodatkowo:

250 ml śmietanki tortowej (30-36%)


Jabłka obieramy ze skórki, kroimy na połówki i pozbawiamy gniazd nasiennych. Wkładamy do naczynia żaroodpornego, posypujemy cukrem wymieszanym z cynamonem i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 240°C na 20 minut (ja piekłam swoje jabłka w temp. 190°C - D.) Po upieczeniu jabłka zostawiamy do ostygnięcia.
Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę. Dodajemy sól, wanilię i mąkę, a następnie bardzo dokładnie mieszamy i zalewamy stopniowo, ciągle mieszając, gorącym mlekiem. Kiedy krem stanie się jednolity przelewamy go do nieprzywierającego naczynia, dodajemy skórkę z cytryny i gotujemy na średnim ogniu ciągle mieszając. Kiedy zgęstnieje wyjmujemy skórki i wylewamy gotowy krem na jabłka. Wkładamy ponownie do piekarnika i zapiekamy przez kilka minut w temp 240°C do momentu, aż krem zacznie lekko brązowieć. Odstawiamy do ostygnięcia. Ubijamy śmietanę i nakładamy na ostudzone jabłka. Schładzamy dalej albo podajemy od razu.  Smacznego!

 
Design by Ciey based on Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes